Oszustwa w nauce

        
Człowiek z Piltdown – jedno z najbardziej znanych oszustw naukowych

      Oszustwa w nauce na pierwszych stronach gazet

Jak wynika z zamieszczonych obok nagłówków gazetowych, reputacja naukowców jako ludzi całym sercem oddanych prawdzie została zaszargana.

„Etyka naukowców”

„W amerykańskiej Izbie Reprezentantów toczą się burzliwe debaty nad takimi sprawami, jak: oszustwo, postępowanie nieetyczne i konflikt interesów w kołach naukowych” (Science z 7 lipca 1989).

„Czy naukowcy szachrują?”

„Po wstępnym zbadaniu sytuacji komisja [Kongresu USA] znalazła więcej powodów, by sądzić, że widoczny jest zaledwie wierzchołek potężnej i niebezpiecznej, wręcz zgubnej góry lodowej” (Program NOVA, nadany 25 października 1988 roku przez amerykańską sieć radiowotelewizyjną PBS).

„Dwie nowe próby odpowiedzi na pytanie: Dlaczego naukowcy oszukują?”

„Pytanie było dosyć niewinne: Jak się zachowują uczeni, gdy nikt nie patrzy? Odpowiedź była niepokojąca: Nie za dobrze — czytamy w artykule, który się w tym miesiącu ukazał w angielskim piśmie Nature” (Newsweek z 2 lutego 1987).

„Społeczność kłamców? Naukowcy fałszują wyniki badań”

„W studium ogłoszonym w zeszłym miesiącu oskarżono 47 naukowców z wydziałów medycznych Harvardu oraz Emory University o publikowanie mylących artykułów” (U.S. News & World Report z 23 lutego 1987).

„NIH uważa opublikowaną pracę za plagiat”

„Zespół ekspertów twierdzi, że badacz wykorzystał do własnej pracy dane z opiniowanego przez siebie artykułu; (…) Według NIH [Państwowe Instytuty Zdrowia w USA] należy wszcząć postępowanie dyscyplinarne” (Science z 14 lipca 1989).

„Pobłażliwość sprzyja oszustwom w laboratoriach”

„Naukowcy amerykańscy prowadzący badania w dziedzinie biomedycyny, chcąc opublikować więcej artykułów i lepiej zarobić, pracują niedbale, a niekiedy nawet popełniają oszustwa” (New Scientist z 25 lutego 1989).

„Uczeni przesuwają granice oszustwa”

„Oszustwa oraz zaniedbania w nauce mogą być częstym zjawiskiem wśród uczonych — ostrzegało w zeszłym tygodniu pismo Nature” (New Scientist z 22 stycznia 1987).

„Naukowiec oskarżony o plagiat ustępuje ze stanowiska”

„Biochemik oskarżony o to, że w swej książce na temat odżywiania i raka dopuścił się plagiatu z raportu Państwowej Akademii Nauk, ustąpił ze stanowiska w Fundacji Szpitalnej w Cleveland” (Science z 4 września 1987).

„Pigułka: Testy bezpieczeństwa sfałszowane przez profesora”

„Popełnione przez niego fałszerstwo stawia pod znakiem zapytania wyniki testów bezpieczeństwa pigułek zażywanych przez mniej więcej 2 m[iliony] kobiet w Wielkiej Brytanii i 10 m[ilionów] na całym świecie” (The Sunday Times z 28 września 1986).

„Niechlubne odejście liczącego się farmakologa”

„Odszedł w zeszłym tygodniu, gdy niezależna komisja stwierdziła, że dopuścił się naukowego oszustwa” (New Scientist z 12 listopada 1988).

„NIMH odkrywa ‛ciężkie przewinienie’”

„Według wstępnego raportu z dochodzenia, przeprowadzonego w USA z polecenia Państwowego Instytutu Zdrowia Psychicznego [NIMH], chodzi o zaskakująco długotrwałe, skandaliczne i rozmyślne oszustwo naukowe” (Science z 27 marca 1987).

„‛Oszustwo’ w badaniach zatruwa elitarne uniwersytety”

„Wybitny psychiatra z Bostonu, oskarżony o plagiat, ustąpił ze stanowiska dyrektora szpitala psychiatrycznego przy uniwersytecie harwardzkim” (New Scientist z 10 grudnia 1988).

„Sprawa ‛przestawionych’ skamieniałości”

„Wybitny naukowiec australijski prześledził prowadzone przez dwa dziesięciolecia prace nad dziejami geologicznymi Himalajów i uznał, że może tu chodzić o największe oszustwo wszystkich czasów w dziedzinie paleontologii” (Science z 21 kwietnia 1989).

„Teraz czasopisma pod obstrzałem”

„W szczególności [mówił] o tym, jak liczne czasopisma [naukowe] pobłażliwie traktują oszustwa w nauce. (…) To samo wezwanie, które już wystosowano do innych przedstawicieli społeczności naukowej, teraz skierowano do czasopism: Zróbcie u siebie porządek, w przeciwnym razie bowiem zabiorą się do tego prawodawcy” (The AAAS Observer z 7 lipca 1989).

Oszustwa w nauce dlaczego się mnożą

„WZMAGA się zaciekła rywalizacja. Zwycięzcy są wspaniale nagradzani, zwyciężonych czeka zapomnienie. W takiej atmosferze niekiedy trudno się oprzeć pokusie pójścia na nieuczciwe skróty, zwłaszcza że społeczeństwo rzadko kiedy przeciwstawia się zdecydowanie temu złu”. Tak zaczynał się artykuł zatytułowany „Publikuj, bo przepadniesz — albo sfabrykuj”, który się ukazał w czasopiśmie U.S. News & World Report. Żeby więc nie przepaść, wielu naukowców ucieka się do fałszerstw.

Uczeni znajdują się pod silną presją, by jak najwięcej publikować w czasopismach naukowych. Im dłuższa jest lista artykułów wydanych z nazwiskiem danego autora, tym większe ma on szanse otrzymania pracy, awansu, posady na uniwersytecie oraz rządowego wsparcia finansowego dla jego badań. Rząd federalny w USA „kontroluje największe źródło funduszy na badania: 5,6 [miliarda] dolarów rozdzielanych każdego roku przez Państwowe Instytuty Zdrowia [NIH]”.

Ponieważ „społeczność naukowa nie zabiera się do rozstrzygnięcia swego dylematu etycznego”, a ponadto „jakoś dziwnie unika bliższego zbadania jej postawy moralnej”, i „nie kwapi się do zrobienia u siebie porządków lub choćby do zwrócenia baczniejszej uwagi na popełniane wykroczenia”, komisje Kongresu amerykańskiego rozpoczęły przesłuchania i zastanawiają się nad uchwaleniem przepisów, które by tu wprowadziły należyty ład (New Scientist; U.S. News & World Report). Oczywiście taka perspektywa wcale nie odpowiada naukowcom. Niemniej pewne czasopismo naukowe stawia pytanie: „Czy nauka przestrzega czystości i porządku we własnym domu?” I samo odpowiada: „Nawet te skąpe informacje, które docierają do opinii publicznej, nasuwają poważne wątpliwości”.

Niektórzy badacze pomijają wyniki nie pasujące do tego, co chcą udowodnić (preparowanie); drudzy podają większą liczbę testów bądź doświadczeń niż ich w rzeczywistości przeprowadzili (trymowanie); inni przypisują sobie dane uzyskane przez drugich badaczy lub ich pomysły (plagiatorstwo); jeszcze inni opisują eksperymenty, których wcale nie robili, i podają rezultaty, których nigdy nie uzyskali (podrabianie). W pewnym czasopiśmie naukowym zamieszczono żart rysunkowy, wykpiwający tę ostatnią grupę oszustów; naukowiec rozmawia z kolegą o trzecim uczonym: „Publikuje tak dużo artykułów, bo skończył kurs twórczego pisarstwa”.

„Co w naszych czasach jest głównym produktem badań naukowych? Odpowiedź brzmi: papier” — czytamy w U.S. News & World Report. „Co roku ukazują się setki nowych czasopism, by pomieścić ten zalew artykułów naukowych, który wyduszają z siebie uczeni w przekonaniu, że ich droga do sukcesu zawodowego prowadzi przez długą listę publikacji”. Celem jest ilość, a nie jakość. W 40 000 czasopism pojawia się co roku milion artykułów. W części tego nawału „występują wyraźne objawy pewnych zasadniczych schorzeń, między innymi rozpowszechnionej wśród uczonych postawy ‛publikuj, bo przepadniesz’, która obecnie daje o sobie znać jak jeszcze nigdy i która ośmiela do puszczania w obieg tandety, powtórzeń, pustosłowia, a nawet szalbierstwa”.

Dr Drummond Rennie z kolegium redakcyjnego pisma The Journal of the American Medical Association tak się wypowiedział na temat złej jakości nadsyłanych prac: „Wygląda na to, że nie ma badań tak fragmentarycznych, hipotezy tak trywialnej, cytatu z literatury tak stronniczego lub samochwalczego, koncepcji tak krętej, metodyki tak nieudolnej, sposobu przedstawiania wyników tak nieścisłego, niejasnego i niespójnego, analizy tak ukierunkowanej, argumentacji tak mętnej, wniosków tak błahych lub nieuzasadnionych ani tekstów tak skłóconych z zasadami gramatyki i składni, żeby nie mogły ukazać się w druku”.

Mucha urasta do rozmiarów słonia

Ulegając hasłu „publikuj, bo przepadniesz”, wielu naukowców doszło do mistrzostwa w sztuce mnożenia liczby swoich artykułów; skromny dorobek potrafią rozdmuchać do niebywałych rozmiarów. Na przykład po napisaniu jednego artykułu dzielą go na cztery krótsze, co w żargonie środowiskowym nazywają „krojeniem salami”. Dzięki temu lista ich publikacji wydłuża się nie o jeden nowy artykuł, ale o cztery. Niekiedy wysyłają ten sam artykuł do kilku czasopism i wtedy liczą go tyle razy, ile razy został opublikowany. Nierzadko jeden artykuł podpisuje kilku uczonych i każdy dołącza go do swej listy. Dwu- lub trzystronicowy artykuł ma nieraz 6, 8, 10, 12 lub więcej autorów.

W programie z serii NOVA, zatytułowanym „Czy naukowcy szachrują?” i nadanym 25 października 1988 roku, pewien uczony powiedział w związku z tą praktyką: „Każdy stara się dopisać swoje nazwisko do jak największej liczby publikacji, wskutek czego często się zdarza, że duży zespół liczący 16 osób podpisuje jedną pracę, której może w ogóle nie warto było drukować. Taki jest rezultat szaleńczej pogoni za sukcesem, walki konkurencyjnej, prymitywnej mentalności, przy której liczy się jedynie ilość i której niewątpliwie sprzyja obecna struktura nauki w USA”. Niejeden ze współautorów mógł mieć bardzo znikomy udział w napisaniu danego artykułu, mógł go nawet wcale nie czytać, a mimo to dołącza go do listy swoich publikacji. Takie rozdęte wykazy są brane pod uwagę podczas przyznawania z funduszy społecznych setek tysięcy dolarów na badania naukowe.

Koleżeńskie recenzje zabezpieczeniem przed oszustwami?

Wydawcy czasopism naukowych częstokroć — choć nie zawsze — przed opublikowaniem artykułów dają je do przejrzenia innym uczonym. Teoretycznie takie recenzje mają wyeliminować naciągania i błędy. „Nauka koryguje się sama i żadna inna gałąź twórczości umysłowej nie może jej w tym dorównać”, oświadczył Isaac Asimov. „Nie ma żadnej innej dziedziny, która by miała taki mechanizm samokontroli”. Asimov dziwił się, że „tak rzadko dochodzi do skandali”.

Wielu innych jednak nie podziela takiego poglądu. Koleżeńskie recenzje to „kiepski sposób na wykrywanie oszustw”, ocenił cytowany już dr Drummond Rennie. W American Medical News czytamy: „Recenzowane czasopisma, które niegdyś uchodziły za prawie nieomylne, muszą teraz przyznać, że nie potrafią wyeliminować fałszerstw”. „Przeceniano zalety takich recenzji”, oświadczył dziennikarz piszący artykuły medyczne i felietony dla gazety The New York Times.

Czasopismo Science poinformowało, że pewien uczony, któremu dano do przejrzenia artykuł innego naukowca, został oskarżony o plagiat. Jak podają NIH, „wykorzystał do własnej pracy dane z opiniowanego przez siebie artykułu”. Takim postępowaniem „podrywa się zaufanie stanowiące podstawę systemu pisania recenzji”. W tym wypadku uznano, że winny „nie będzie mógł w przyszłości korzystać z funduszy państwowych”.

„Zarozumialstwo, z jakim koła naukowe obnosiły się ze swą czystością etyczną, zapewniało im przez długi czas łatwe powodzenie” — czytamy w czasopiśmie New Scientist. Ogromnie zachwalany system recenzji, który teoretycznie miał wychwycić wszelkie oszustwa, wielu uważa za zwykłą farsę.

„W gruncie rzeczy rzadko się zdarza wyłowienie jakiejś kanalii spomiędzy uczonych, a gdy już do tego dojdzie, nierzadko okazuje się, że nie nagabywany przez nikogo poczynał sobie w taki sposób całymi latami, publikując fałszywe dane w szacownych pismach”.

Już wcześniej w gazecie The New York Times przytoczono wypowiedź pewnej urzędniczki z NIH: „Chyba już się skończyły czasy naiwności. Dawniej uważano, że naukowcy nie robią czegoś takiego. Teraz jednak zaczynamy sobie uświadamiać, że nie górują moralnie nad innymi ludźmi”. Dalej czytamy tam: „Jeszcze kilka lat temu rzadko się zdarzało, by do Państwowych Instytutów Zdrowia wpływała w ciągu roku jedna skarga o oszustwo; obecnie ich zdaniem są wytaczane dwa ciężkie zarzuty miesięcznie”. W czasopiśmie Science czytamy:

„Naukowcy nieraz zapewniają społeczeństwo, że oszustwa i nadużycia w badaniach naukowych są rzadkim zjawiskiem. (…) Tymczasem wygląda na to, że zdarzają się coraz częściej”.

John Dingell, przewodniczący komisji dochodzeniowej powołanej przez Kongres amerykański, powiedział pewnego razu do uczonych: „Chciałbym wam wyraźnie powiedzieć, że moim zdaniem wasze mechanizmy kontrolne są do niczego. W wielu wypadkach zwykłe łotrostwo zdaje się triumfować nad prawością w sposób, który dla mnie jest zupełnie nie do przyjęcia. Mam nadzieję, że dla was także”.

We wspomnianym programie telewizyjnym na temat „Czy naukowcy szachrują?” jeden z uczonych przyznał: „Nie ma co dalej ukrywać ‛tajemnic rodzinnych’. Jeżeli to okaże się konieczne, trzeba będzie zrobić porządek choćby to nastąpiło kosztem kariery biurokratów. Tego wymaga etyka, tego wymaga prawo i bezwzględnie wymaga tego moralność”.

Oszustwa w nauce większe oszustwo

Oszustwo definiuje się jako „świadome wprowadzenie kogoś w błąd lub wyzyskanie czyjegoś błędu dla własnej korzyści” (Słownik języka polskiego).

„EWOLUCJA jest faktem”. Tak brzmi wzorcowe wyznanie wiary, którym ktoś zapewnia środowisko naukowe o swej „prawowierności”. A na użytek publiczny często dodaje się twierdzenie: „Udowodniono ją już tyle razy, że nie ma potrzeby robić to raz jeszcze”. Jest to bardzo wygodne, zwłaszcza że ewolucjoniści nie potrafią podać żadnego dowodu. Mimo to od lat ciągle na nowo słyszy się tę wypowiedź, jak jakąś formułę magiczną: „Ewolucja jest faktem”.

                                            Richard Dawkins

W kwietniu ubiegłego roku w recenzji pewnej książki, zamieszczonej w The New York Times Book Review, biolog Richard Dawkins napisał: „Mówimy tu o samym fakcie ewolucji, popartym tak niepodważalnymi dowodami, że nie sposób w nie wątpić”. Następnie dodał, że nauczanie o stwarzaniu „na lekcjach biologii ma mniej więcej tyle samo sensu, co domaganie się, aby na lekcjach astronomii odpowiednią liczbę godzin poświęcić na wykładanie, że ziemia jest płaska. Równie dobrze można by żądać, jak to ktoś powiedział, żeby na lekcjach wychowania seksualnego przez taką samą ilość czasu uczyć teorii o bocianach. Śmiało można przyjąć, że gdy spotkasz kogoś, kto nie wierzy w ewolucję, to masz do czynienia z człowiekiem niewykształconym, tępym lub pomylonym (bądź też złośliwym, ale tego wolę nie brać pod uwagę)”.

Stephen Jay Gould napisał dla czasopisma naukowego Discover ze stycznia 1987 roku esej na temat ewolucji. Chcąc zagłuszyć wszelki sprzeciw, w 5-stronicowym artykule aż 12 razy oświadczył, że ewolucja jest faktem. Oto kilka wyjątków z tego artykułu:

Owoc pracy całego życia Darwina „dowiódł ewolucji”. „Ewolucja jest niezbitym faktem i została dowiedziona równie dobrze, jak wszystko inne w nauce (jest tak pewna, jak obieg Ziemi wokół Słońca)”. Do śmierci Darwina, „prawie wszyscy myślący ludzie uznali ewolucję za fakt”. Gould dalej nazywa ją „niezaprzeczalnym faktem” oraz mówi o „fakcie transmutacji”. „Ewolucja jest też faktem przyrodniczym”. „Ewolucja została dowiedziona równie dobrze, jak każdy inny fakt naukowy”. „Nasze przekonanie o fakcie ewolucji opiera się na mnóstwie danych”. Powołuje się na zgodność biologów „co do faktu ewolucji”. „Teologów nie zaniepokoił fakt ewolucji”. „Znam setki uczonych, którzy są przekonani o fakcie ewolucji”.

                                               Steven J. Gould

W artykule tym Gould pisze: „Nie chciałbym uchodzić za dogmatycznego krzykacza usiłującego zapędzić ludzi pod swój sztandar, ale biologowie są już zgodni (…) co do faktu ewolucji”. Czy jednak te wypowiedzi rzeczywiście nie przypominają nawoływania „dogmatycznego krzykacza usiłującego zapędzić ludzi pod swój sztandar”?

Specjalista w zakresie biologii molekularnej Michael Denton, nawiązując do tej płytkiej gadaniny o fakcie ewolucji, zbył ją słowami: „Takie twierdzenia po prostu nie mają sensu”. Są czymś więcej niż nonsensem. Są oszustwem. Wprowadzają w błąd dla własnej korzyści. Prasa, radio, telewizja, filmy przyrodnicze, programy oświatowe, podręczniki szkolne począwszy niemal od pierwszej klasy szkoły podstawowej — wszystko to wbija ludziom do głowy litanię: ewolucja jest faktem. Dopiero niedawno według gazety The New York Times (z 10 listopada 1989) w Kalifornii władze szkolne podały nowe wytyczne dopuszczające podręczniki przyrodnicze, które jak gdyby mniej podkreślały, iż ewolucja jest faktem.

Na ogół jednak stosuje się taktykę naczelnych kapłanów i faryzeuszy z czasów Jezusa. Kiedy funkcjonariusze wysłani w celu pojmania Jezusa wrócili z niczym, faryzeusze zapytali:

„Dlaczego nie przyprowadziliście go? Słudzy odpowiedzieli: Nigdy jeszcze człowiek tak nie przemawiał, jak ten człowiek mówi. Wtedy odpowiedzieli im faryzeusze: Czy i wy daliście się zwieść? Czy kto z przełożonych lub z faryzeuszów uwierzył w niego? Tylko ten motłoch, który nie zna zakonu, jest przeklęty” (Jana 7:45-49, Biblia warszawska).

Typowa tyrania autorytetu: ‛Nikt z poważanych i wykształconych ludzi nie uznał Jezusa za Mesjasza, tylko ci głupcy, ci przeklęci’.

Dzisiaj ewolucjoniści stosują tę samą faryzejską metodę; mówią:

„Wierzcie w to, co my. Wszyscy liczący się uczeni i wszyscy inteligenci wierzą w ewolucję. Nie uznają jej tylko nieucy i naiwni”.

Taką presją psychologiczną, takim zastraszaniem zapędza się masy ludzkie do obozu ewolucjonistów. Nie wiedzą one nic o słabościach i brakach teorii ewolucji ani o jej jałowych spekulacjach lub hipotezach wykraczających poza granice prawdopodobieństwa — takich jak pochodzenie życia z nieożywionych substancji chemicznych. Dlatego dają się porwać przez ciągle powtarzaną magiczną formułę propagandy ewolucyjnej. Teoria przekształca się w dogmat, jej rzecznicy stają się aroganccy, a myślący inaczej ściągają na siebie pogardę. Obrana taktyka działa. Skutkowała za czasów Jezusa i skutkuje dzisiaj.

Złożona zaledwie z trzech słów formuła „ewolucja jest faktem” jest króciutka (pod względem treści), nieskomplikowana (wyrażona prostymi słowami) i stale się ją powtarza (np. w krótkim eseju 12 razy). Nadaje się więc do skutecznej propagandy i prania mózgu, a przez częste powtarzanie staje się sloganem. Z kolei slogan ciągle słyszany wbija się w pamięć i jeśli się go nie podda krytycznej analizie, łatwo ciśnie się na wargi. A gdy jakaś teoria, nawet jako slogan, utrwali się w umysłach ogółu, nie potrzebuje już dowodów. Kto się z nią nie zgadza, tego nie traktuje się poważnie. Kiedy tacy „odszczepieńcy” przedstawiają rozsądne dowody zbijające zasadność owego frazesu, wywołują oburzenie i muszą się liczyć z jedyną możliwą reakcją — z wyszydzeniem.

Ewolucjoniści specjalizujący się w wielkim kłamstwie: „Ewolucja jest faktem”, trzymają się fragmentu książki Hitlera, który o ujarzmionych przez niego masach pisał:

„W prymitywnej prostocie swego ducha łatwiej padają ofiarą wielkiego kłamstwa niż drobnego, bo same często uciekają się do kłamstewek w pomniejszych sprawach, wstydziłyby się jednak posłużyć wielkim kłamstwem”.

Adol f  Hitler

W pewnym popularnym zbiorze cytatów znalazł się i taki:

„Jeżeli wypowiesz dostatecznie wielkie kłamstwo i będziesz je powtarzał wystarczająco często, wielu w nie uwierzy”.

Kłamstwo ewolucjonistów jest widocznie dostatecznie wielkie i powtarzane wystarczająco często, skoro wierzą w nie miliony ludzi.

Kłamstwo to jest zarazem oszustwem, ponieważ „świadomie wprowadza kogoś w błąd lub wyzyskuje czyjś błąd dla własnej korzyści”. Ucząc, że przodkami człowieka były zwierzęta — na początku mikroby, a pod koniec jakiś gatunek małp — ewolucjoniści „zamienili prawdę Bożą w kłamstwo”. Wielu przez to nakłonili do wyzbycia się czegoś wartościowego: wiary w Boga jako ich Stwórcy (Rzymian 1:25).

Oszustwo to wyrządza olbrzymie szkody. Jego ofiary nie czują się już zobowiązane do przestrzegania praw Bożych i ustanawiają własne prawa; powiadają: „Nie ma rzeczy dobrej ani złej. Dogadzaj wszystkim swoim cielesnym pragnieniom. Rób, co ci się żywnie podoba. Wyrzuty sumienia nie mają sensu”. Postawa taka prowadzi do załamania moralnego i wyłączenia wszelkich hamulców. Oderwawszy się od Stwórcy i prawdziwych wartości biblijnych, przyjmujący ten sposób myślenia ubożeją na duchu i w końcu stają się „podobni do nierozumnych zwierząt z natury zrodzonych na złowienie i zgładzenie” (2 Piotra 2:12).

„Propaganda nic nie zdziała, jeśli nie będzie się niezmiennie przestrzegać fundamentalnej zasady: musi się ograniczyć do czegoś krótkiego i powtarzać to bez końca. Wytrwałość jest tutaj, jak zresztą w wielu innych sprawach na świecie, pierwszym i najważniejszym warunkiem powodzenia. (…) Masy (…) potrafią zapamiętać tylko najprostsze pojęcia, powtarzane tysiące razy. Żadne urozmaicenie nigdy nie powinno zmieniać treści stanowiącej przedmiot propagandy, tylko koniec końców zawsze musi wyrażać to samo. Slogan można więc naświetlić z różnych stron, niemniej każde takie rozważanie zawsze powinno się kończyć samym sloganem” (Adolf Hitler: Mein Kampf).

Propaganda wielkiego kłamstwa

„Co się tyczy ewolucji, to jest ona powszechnie uznawanym faktem” (Limitations of Science, 1933).

„Ewolucja jako fakt historyczny została dowiedziona ponad wszelką sensowną wątpliwość już pod koniec ubiegłego stulecia” (The Biological Basis of Human Freedom, 1956).

                                              Julian Huxley

„Ewolucja życia nie jest już teorią. Jest faktem” (Julian Huxley, 1959).

„Wszyscy liczący się biologowie uznają ewolucję życia na ziemi za dowiedziony fakt” (Biology for You, 1963).

„Każdy, kto pozna dowody na rzecz ewolucji, musi zgodzić się z tym, że jest to fakt historyczny” (Times-Picayune, gazeta wydawana w Nowym Orleanie, 1964).

„Dzisiaj już wszyscy poza nielicznymi fundamentalistami przyjmują teorię ewolucji za fakt” (James D. Watson, 1965).

„Ewolucja jest dzisiaj uznanym faktem” (Science on Trial, 1983).

„Dysponujemy naprawdę niepodważalnymi dowodami, które potwierdzają fakt ewolucji” (Ashley Montagu, 1984).

Oszustwa w nauce największe oszustwo

„Ewolucja jest faktem, Bóg jest mitem” — głoszą ewolucjoniści. Żadnego z tych twierdzeń nie potrafią dowieść, ale uprzedzenia nie wymagają dowodów.

POSIADŁOŚĆ PRYWATNA. Bogu wstęp wzbroniony! Ewolucjoniści uważają, że tylko oni mają prawo zajmować się biologią, i zakazują Bogu wkraczać na teren ich działania. Mówią: „Wszyscy kompetentni uczeni wierzą w ewolucję”, co w gruncie rzeczy znaczy: „Naukowcy, którzy w nią nie wierzą, są niekompetentni; my się na tym lepiej znamy”. Ich zdaniem w naukowym sposobie myślenia nie ma miejsca dla Boga. Przecież nie da się nawet udowodnić Jego istnienia.

W ten sposób ze swadą odrzuca się Boga i jest to największe ze wszystkich oszustw.

W książce The New Biology (Nowa biologia) Robert Augros i George Stanciu przytaczają na stronie 188 kilka wypowiedzi znanych uczonych, którzy nie uznają Boga:

„Utarło się mniemanie, że Darwin raz na zawsze uwolnił biologię od konieczności istnienia Boga. Jak pisze Eldredge, Darwin ‛nauczył nas pojmowania dziejów życia w sposób czysto naturalistyczny, bez powoływania się na siły nadprzyrodzone lub boskie’. Julian Huxley oświadczył: ‛Darwinizm wyrugował ze sfery rzeczowej dyskusji samo pojęcie Boga jako twórcy żywych organizmów’. Jacob stwierdza: ‛Darwin obalił pogląd, że Bóg zaprojektował i stworzył każdy gatunek oddzielnie’. Simpson zaś pisze o pochodzeniu pierwszego organizmu: ‛W każdym razie nie ma najmniejszego powodu, by dopatrywać się w tym cudu. Nie trzeba też doszukiwać się jakiegoś niematerialistycznego pochodzenia tych nowych procesów rozmnażania się i mutacji’”.

Może wobec tego zapytasz: „Czyżby więc życie na ziemi powstało bez Projektanta i Stwórcy?” „Wcale nie był potrzebny” — odpowiadają ewolucjoniści.

„Wszystko powstało przez czysty przypadek. To on jest projektantem. Nazywamy go doborem naturalnym”.

Im więcej jednak wiemy, tym więcej dostrzegamy przejawów zdumiewająco mądrego i inteligentnego zaprojektowania. Czy nie nazbyt wiele przypisuje się bezmyślnemu, bezrozumnemu, ślepemu przypadkowi? Weźmy pod uwagę choćby kilka spośród istniejących w przyrodzie setek rozwiązań konstrukcyjnych, które świadczą o twórczej mądrości i nierzadko są kopiowane przez wynalazców.

Ptasie skrzydła miały właściwości aerodynamiczne tysiące lat wcześniej, nim powstały o wiele mniej doskonałe skrzydła samolotów. Głowonóg łodzik z muszlą wielokomorową, a także mątwa korzystają ze zbiorników balastowych do utrzymania się na określonej głębokości, i to o wiele skuteczniej niż nowoczesne łodzie podwodne. Ośmiornice i kalmary po mistrzowsku posługują się napędem odrzutowym, a nietoperze i delfiny — sondą akustyczną. Niektóre gatunki gadów i ptaków morskich mają własne „urządzenia do odsalania”, umożliwiające im picie wody morskiej. Pewne mikroskopijne bakterie mają silnik obrotowy, dzięki któremu mogą się poruszać zarówno do przodu, jak i do tyłu.

Termity klimatyzują swe pomysłowo skonstruowane gniazda za pomocą wody. Owady, mikroskopijne roślinki, ryby i drzewa mają własne sposoby chronienia się przed zamarzaniem. Nogale pręgoskrzydłe i brunatne, a także niektóre węże i komary, mają termometry pozwalające im wykrywać nawet bardzo niewielkie zmiany temperatury. Szerszenie, osy i klecanki wytwarzają papier. Gąbki, grzyby, bakterie, owady i ryby emitują zimne światło, często kolorowe. Wiele ptaków wędrownych najwyraźniej ma w głowie kompas, mapę i zegar biologiczny. Pająki i chrząszcze wodne stosują akwalungi i dzwony nurkowe (zob. ilustracje na stronie 15).

Za wszystkimi tymi pomysłowymi rozwiązaniami oraz za instynktowną mądrością musi się kryć inteligencja znacznie przerastająca inteligencję ludzką (Przysłów 30:24). Ale niezwykle zdumiewające przykłady można też dostrzec w świecie mikroorganizmów, gdzie ewolucjoniści spodziewali się znaleźć proste zalążki życia, od których ewolucja miałaby rozpocząć swą mozolną wspinaczkę uwieńczoną powstaniem mnóstwa skomplikowanych konstrukcji — z nami włącznie. Proste zalążki życia? Nic podobnego! Zobaczmy, jak złożoność najdrobniejszych komórek, świadczy o inteligentnym zaprojektowaniu.

W książce The New Biology na stronie 30 czytamy: „W przeciętnej komórce co sekundę zachodzą setki reakcji chemicznych i może się ona rozmnażać mniej więcej co dwadzieścia minut, a przecież jest tak maleńka — na powierzchni kropki kończącej to zdanie zmieściłoby się ponad 500 bakterii. [Biolog François] Jacob podziwia mikroskopijne laboratorium bakterii, która z niezrównaną sprawnością ‛przeprowadza jakieś 2000 różnych reakcji na niewyobrażalnie małym obszarze. Owe 2000 reakcji przebiega jednocześnie w różnych kierunkach z ogromną szybkością i bez jakichkolwiek zakłóceń’”.

W książce The Center of Life—A Natural History of the Cell (Ośrodek życia — dzieje komórki) L.L. Larison Cudmore pisze na stronie 13 i 14: „Nawet pojedyncza komórka potrafi wytwarzać własną broń, chwytać pokarm, trawić go, pozbywać się zbędnych produktów przemiany materii, poruszać się, budować domy, wykazywać normalną lub dość osobliwą aktywność płciową. Dookoła pełno jest tych stworzeń. Drobnoustroje — organizmy kompletne i samoistne mimo iż zbudowane zwykle tylko z jednej komórki o wielorakich możliwościach, choć pozbawione tkanek, narządów, serca, umysłu — w gruncie rzeczy dysponują tym wszystkim, co my”.

Na 116 stronie książki The Blind Watchmaker (Ślepy zegarmistrz) Richard Dawkins tak opisuje ilość informacji nagromadzonych w pojedynczej komórce: „DNA nasienia lilii lub plemnika salamandry może pomieścić 60 razy więcej informacji niż Encyclopædia Britannica. Niektóre gatunki ameb, niesłusznie nazywane ‛prymitywnymi’, przechowują w swym DNA tyle informacji, co 1000 takich encyklopedii”.

Michael Denton, specjalista w zakresie biologii molekularnej, pisze na stronie 250 książki Evolution: A Theory in Crisis (Kryzys teorii ewolucji): „Biologia molekularna wykazała, że nawet najprostsze organizmy żyjące na ziemi — komórki bakterii — są niezmiernie złożone. Mimo że najdrobniejsze z nich bywają niewiarygodnie małe, bo ważą mniej niż bilionowa część grama, w rzeczywistości każda jest jakby mikroskopijną fabryką — w której pracuje wymyślna aparatura molekularna zbudowana z tysięcy znakomicie zaprojektowanych części — i składa się ogółem ze 100 miliardów atomów, jest więc o wiele bardziej skomplikowana niż jakiekolwiek urządzenie skonstruowane przez człowieka i nie ma nic równego sobie w świecie nieożywionym.

                                                    Michael Denton

„Biologia molekularna dowiodła również, że komórki wszystkich żywych organizmów na ziemi — od bakterii do ssaków — są w zasadzie tak samo zbudowane. DNA, mRNA i białka wszędzie odgrywają identyczną rolę. Prócz tego wszystkie komórki mają w gruncie rzeczy jednakowy kod genetyczny. To samo można powiedzieć o rozmiarach, budowie i funkcjonowaniu mechanizmu syntezy białka. Jeśli więc wziąć pod uwagę podstawową strukturę biochemiczną, o żadnym żywym organizmie nie można powiedzieć, że jest bardziej prymitywny od drugiego ani że jest jego przodkiem. Nie ma też żadnego doświadczalnie sprawdzonego dowodu, iż występujące na ziemi niewiarygodnie zróżnicowane komórki rozwinęły się jedne z drugich na drodze ewolucji”.

                                         George Greenstein

George Greenstein przyznaje, że również w budowie ziemi widoczne jest rozumne działanie. W książce pt. The Symbiotic Universe (Symbiotyczny wszechświat) mówi o zagadkowym i niewiarygodnym zbiegu okoliczności, które trudno wyjaśnić, a bez których życie na ziemi byłoby niemożliwe. Przytoczone tu wypowiedzi, zamieszczone na stronach 21-28 wspomnianej książki, wyrażają jego ogromne zaniepokojenie faktami przemawiającymi za istnieniem Boga obdarzonego inteligencją i postępującego w sposób celowy.

„Sądzę, że mamy do czynienia z tajemnicą — wielką, niezgłębioną i niezwykle doniosłą tajemnicą: Czy kosmos jest zamieszkany, czy panują w nim sprzyjające temu warunki?”

Autor opisuje

„szczegółowo to, co można uznać tylko za niezwykły szereg zdumiewających i nieprawdopodobnych przypadków, które utorowały drogę do powstania życia. Jest cała lista przypadkowych zdarzeń, niezbędnych dla naszego istnienia. Owa lista stale się wydłuża (…) Ileż zbiegów okoliczności! Im więcej czytałem, tym bardziej się upewniałem, że takie ‛zbiegi okoliczności’ chyba nie mogły być dziełem przypadku”.

Uświadomienie sobie tego jest wstrząsem dla ewolucjonisty, to zresztą sam przyznaje:

„W miarę jak się utwierdzałem w tym przekonaniu, narastało jednak we mnie coś innego. Nawet teraz trudno wyrazić owo ‛coś’ słowami. Była to nieprzezwyciężona odraza, czasem odczuwana niemal fizycznie. Aż się skręcałem z niepokoju. Myśl, że fakt przystosowania kosmosu do życia może być tajemnicą wymagającą rozwiązania, wydawała mi się niedorzeczna i bezsensowna. Nie mogłem się nad tym zastanawiać bez grymasu obrzydzenia. (…) Po latach dalej tak samo reagowałem — podczas pisania tej książki musiałem z tym nieustannie walczyć. Jestem przekonany, że podobnie reaguje każdy naukowiec i że właśnie dlatego idea ta spotyka się obecnie z taką obojętnością. Co więcej: uważam teraz, że ta pozorna obojętność, to w gruncie rzeczy zamaskowana zawzięta wrogość”.

A o jaką wrogość tu chodzi? O wrogość wobec myśli, że wszystko to można wyjaśnić istnieniem Stwórcy podejmującego celowe działania. Jak to wyraził Greenstein: „Kiedy badamy wszystkie dowody, nasuwa się uporczywa myśl, że musi się za tym kryć jakaś nadprzyrodzona siła — a właściwie Siła. Czyżbyśmy się nagle niechcący natknęli na naukowy dowód istnienia Najwyższego Bytu? Czy to Bóg zaingerował i tak opatrznościowo zaprojektował dla nas kosmos?” Ale Greenstein odsuwa od siebie tę heretycką myśl i ponownie zapewnia, że jest prawowiernym wyznawcą religii ewolucjonistycznej, wygłaszając jeden z jej dogmatów wiary: „Powoływanie się na Boga niczego nie wyjaśnia”.

Na stronie 9 książki The Intelligent Universe (Rozumny wszechświat) astrofizyk Fred Hoyle pisze o tych, którzy jak Greenstein obawiają się samej wzmianki o Bogu:

                                                              Fred Hoyle

Ortodoksyjnym naukowcom bardziej zależy na tym, by nie dopuścić do powtórzenia nadużyć religijnych popełnianych w przeszłości niż na poszukiwaniu prawdy (…) [i postawa taka] zdominowała naukowy sposób myślenia w minionym stuleciu”.

W swej książce Hoyle omawia następnie te same zagadkowe fakty, które niepokoją Greensteina (Odległości między gwiazdami, rezonans jąder atomowych prowadzący do powstania węgla pierwiastkowego, równe co do wielkości i przeciwne co do znaku ładunki elektronu i protonu; wyjątkowe i niezwykłe właściwości wody; częstotliwość światła słonecznego a częstotliwość absorbowanych fal warunkujących proces fotosyntezy, odległość Słońca od Ziemi, trzy wymiary przestrzeni — ani mniej, ani więcej, itd.):

„Takie wzajemne zależności przewijają się w budowie naszego świata jak pasmo szczęśliwych przypadków. Ale tych dziwnych zbiegów okoliczności, od których zależy życie, jest tak dużo, że trzeba chyba wyjaśnić, jak do nich doszło”. Zarówno Hoyle, jak i Greenstein twierdzą, iż tego mnóstwa „zbiegów okoliczności” nie można uznać za przypadkowe. Jak pisze Hoyle, jedynym wytłumaczeniem jest przyjęcie, że „wszechświat nie mógł powstać bez udziału rozumu”, „rozumu wyższego rzędu”, „rozumu, który był przed nami i który celowo stworzył warunki dogodne dla życia”.

Nie znaczy to wcale, że Hoyle ma na myśli biblijnego Boga. Niemniej dostrzega, że za powstaniem wszechświata, ziemi i życia na niej kryje się jakiś potężny, nadludzki rozum. Wprawdzie mówi, że „w nauce słowo ‛Bóg’ jest zakazane”, ale przyznaje, iż „przewyższający nas rozum [można] zdefiniować jako bóstwo”. Spekuluje dalej, że „zaprogramowanie naszego umysłu” może wskazywać na „nieprzerwany łańcuch rozumu sięgający aż do (…) ludzi na Ziemi”.

„Przemawia za tym wiele okoliczności. Jedną z nich jest nasz niepokój wewnętrzny. To tak, jak gdybyśmy instynktownie przeczuwali, że musimy dokonać czegoś ważnego. Niepokój ów bierze się stąd, że jak dotąd nie potrafimy ustalić, czym on właściwie jest”. W innym miejscu czytamy: „Chyba tylko człowiek odznacza się religijnością (…) Czy religia pozbawiona ozdób, którymi upiększyła ją tradycja, nie okaże się wewnętrznym nakazem sprowadzającym się do prostego stwierdzenia: ‛Pochodzisz od czegoś, co jest „gdzieś tam” we Wszechświecie. Szukaj tego, a znajdziesz o wiele więcej niż się spodziewasz’?”

Ludzie błądzą po omacku. Nie zdają sobie sprawy, że tym, czego szukają, jest prawda biblijna, iż jesteśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boże, to znaczy obdarzeni pewną miarą przymiotów Bożych, takich jak mądrość, miłość, moc, sprawiedliwość i umiejętność celowego działania, dzięki czemu dzieli nas od zwierząt ogromna przepaść. Nasz umysł jest zaprogramowany do oddawania czci Bogu i przejawiania Jego przymiotów. Dopóki nie zostaną one właściwie zrównoważone i nie nawiążemy więzi z Bogiem poprzez modlitwę i czyste wielbienie, będzie nas nurtował niepokój. A kiedy potrzeby duchowe, z jakimi nas stworzono, zostaną zaspokojone, niepokój ustąpi miejsca „pokojowi Bożemu, który przewyższa wszelką myśl” (Filipian 4:7; Rodzaju 1:26-28).

Księga Dziejów Apostolskich 17:27, 28 zachęca ludzi, „aby szukali Boga, czy nie znajdą Go niejako po omacku. Bo w rzeczywistości jest On niedaleko od każdego z nas. Bo w Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” (Biblia Tysiąclecia). To dzięki Niemu — Stwórcy wszechświata oraz ziemi i jej mieszkańców — żyjemy, poruszamy się i istniejemy. Po odrzuceniu ozdób i fałszywych nauk tradycyjnych religii, które odciągnęły od Boga miliony ludzi, a wśród nich wielu naukowców, i po opowiedzeniu się za czystym wielbieniem Boga Jehowy dostąpimy życia wiecznego na rajskiej ziemi, gdyż przede wszystkim w tym celu stworzył On naszą planetę (Rodzaju 2:15; Izajasza 45:18; Łukasza 23:43; Jana 17:3).

Trzeba być niesłychanie łatwowiernym, żeby rozum tej miary przypisywać ślepemu przypadkowi. Kto w to wierzy, przypomina bałwochwalców, o których prorok Izajasz napisał: „Opuściliście Pana, zapomnieliście o mojej świętej górze, którzy bóstwu szczęścia zastawiacie stół, a bogini losu podajecie kielichy pełne przyprawionego wina” (Izajasza 65:11, Bw). Według ewolucjonistów człowiek powstał ze skały dzięki milionom „szczęśliwych” przypadków, tymczasem twórcy tej teorii jeszcze nie podnieśli się z ziemi, by dosięgnąć pierwszego szczebla swej drabiny ewolucyjnej. Daremnie liczą na pomoc „bóstwa szczęścia”.

Fred Hoyle ma w związku z tym złe przeczucie:

„Nie daje mi spokoju jeszcze inna kwestia. Jestem mianowicie przekonany, że możliwości stojące otworem przed rodzajem ludzkim mogą się z czasem bardzo skurczyć. Do ich poszerzenia niezbędna jest najnowocześniejsza technika; ale jeśli nie uświadomimy sobie zależności naszego gatunku od świata pozaziemskiego, to technika jako taka może równie dobrze popchnąć nas do samozagłady. Jeżeli czytelnik tej książki niekiedy odnosił wrażenie, że ostro się sprzeciwiam teorii Darwina, to tylko dlatego, iż moim zdaniem, hołdujące jej społeczeństwo najprawdopodobniej zmierza ku samounicestwieniu”.

Bohaterka książki Lewisa Carrola pt. O tym, co Alicja odkryła po drugiej stronie lustra, nie mogąc się nadziwić osobliwej logice Białej Królowej, powiedziała ze śmiechem: „Nie ma celu próbować (…) nikt nie może uwierzyć w rzeczy niemożliwe”. Królowa odparła: „Wydaje mi się, że niewiele masz wprawy (…) Gdy byłam w twoim wieku, wprawiałam się co dnia przez pół godziny. Ach, czasem udawało mi się uwierzyć w sześć niemożliwych rzeczy już przed śniadaniem” (przekład M. Słomczyńskiego).

Ewolucjoniści przypominają Białą Królową. Wierzą w rzeczy niemożliwe i mają w tym znakomitą wprawę.

Zródło ‚Przebudzcie się!’ rok: 1990

3 responses to “Oszustwa w nauce

  1. ŚWIETNIE NAPISANE!
    Spodobało mi się to trafne porównanie:
    „Typowa tyrania autorytetu: ‛Nikt z poważanych i wykształconych ludzi nie uznał Jezusa za Mesjasza, tylko ci głupcy, ci przeklęci’”.
    Zakończenie też dobre.

    • W przedmowie do wydania wydrukowanego w setną rocznicę pierwszego opublikowania dzieła Darwina O powstawaniu gatunków,D’Arcy Thompson http://www-history.mcs.st-andrews.ac.uk/Mathematicians/Thompson_D%27Arcy.html http://en.wikipedia.org/wiki/D%27Arcy_Wentworth_Thompson napisał:

      „„Jeżeli po przeanalizowaniu argumentów okazuje się, że nie sposób ich obronić, to powinno się je odrzucić, a całkowitą zmianę zapatrywań na podstawie wątpliwych dowodów należy uznać za godną ubolewania (…) Fakty oraz interpretacje, na których opierał się Darwin, dziś już nie przekonują. Długoletnie badania nad dziedzicznością i odmianami, podkopały jego naukę (…..) Długotrwałym i pożałowania godnym następstwem sukcesu dzieła O powstawaniu gatunków stała się panująca wśród biologów mania wdawania się w spekulacje, których słuszności nie da się sprawdzić. (…) Powodzeniu darwinizmu towarzyszył zanik rzetelności naukowej (….) Sytuacja, w której uczeni sprzymierzają się po to, aby stawać w obronie doktryny, której nie są w stanie naukowo zdefiniować ani z naukową dokładnością przedstawić i której wiarogodność w opinii publicznej starają się podtrzymywać tłumieniem krytyki oraz przemilczaniem trudności, jest w nauce czymś nienormajnym i niepożądanym.

      s

      D’Arcy Thompson

      d
      d

      D’Arcy Thompson był tak znakomitym biologiem, a jego wkład w rozwój wiedzy przyrodniczej tak wielki, że opublikowano tą przedmowę. Jego książka ‚On Growth and Form’ jest do dziś uznawana za wielkie dzieło naukowe i często cytowana. Między innymi w książce Richarda Darkinsa „Wspinaczka na szczyt nieprawdopodobieństwa”.

      http://www.gandalf.com.pl/b/wspinaczka-na-szczyt/

      sd

      Richard Dawkins

      d

      „W następnym rozdziale powrócę do kontrowersji, od której zaczął się rozdział obecny, i spróbuję wykonać konstruktywny zwrot w przeciwną stronę (jestem wszak znany ze swojej
      skłonności do partyzanckich wyskoków). Tym szczególnym, trójwymiarowym przykładem są muszle ślimaków i innych zwierząt. Galerie zawierające muszle można sprowadzić do trzech wymiarów, ponieważ większość najważniejszych różnic między muszlami da się przedstawić w postaci trzech liczb. W swojej dalszej opowieści idę po śladach Davida Raupa, znakomitego
      paleontologa z Uniwersytetu w Chicago. Raupa z kolei zainspirowały prace D’Arcy’ego Wentwortha Thompsona ze starego i znakomitego Szkockiego Uniwersytetu w St Andrews. Jego książka On Growth and Form [O rozwoju i formie], opublikowana po raz pierwszy w 1919 roku, wywarła trwały, choć może niezbyt ortodoksyjny wpływ na zoologów niemal całego XX wieku. To, że D’Arcy Thompson zmarł tuż przed nastaniem epoki komputerów, jest jedną z wielu
      tragedii biologii – prawie każda karta jego dzieła aż się prosi o komputer.

      ‚Wspinaczka na szczyt nieprawdopodobieństwa’ roz. 6 ‚Muzeum wszystkich muszelek’.

  2. Odnośnie tematu oszustw w nauce, to warto pod kątem tego tematu poszperać w internecie. Możnaby było wytoczyć argument, że dane w zacytowanym artykule są trochę starej daty, więc czy coś się zmieniło w tym zakresie. Bynajmniej, nic się nie zmieniło, a nawet jest jeszcze gorzej. Polski również ta plaga nie omija.

    Oto kilka cytatów potwierdzających tą prawdę:

    http://www.lukas-home-page.ovh.org/wiadomosci/Oszustwa_i_pomylki_w_nauce.php

    Woo Suk Hwangowi

    „Oszustwo przypisywane Koreańczykowi Woo Suk Hwangowi, dotychczas uważanemu za twórcę pierwszego klonu człowieka, rzuca cień na całą naukę, która stała się polem rywalizacji o sławę i wielkie pieniądze.
    Naukowcy muszą zabiegać o środki na badania. Nic dziwnego, że niektórzy chcą sukcesu za wszelką cenę.

    Klonowanie – tworzenie identycznych genetycznie kopii istot żywych – pobudza wyobraźnię zarówno pisarzy science fiction, dziennikarzy i szarlatanów, jak i żądnych sławy i sukcesu naukowców. Przed Woo Suk Hwangiem sklonowanie człowieka przypisywała sobie sekta Raelian, czcicieli kosmitów. W ich przypadku klonowanie miałoby być sposobem na fizyczną nieśmiertelność – jednak przedstawiciele Raelian nie przedstawili żadnego dowodu na urodzenie się sklonowanego dziecka. Jeszcze wcześniej – w latach 70. – rzekome klonowanie człowieka opisał nader szczegółowo dziennikarz David M. Rorvik w książce „Na obraz i podobieństwo swoje”.

    Sklonowanie owcy Dolly – pierwszego ssaka wyhodowanego z dojrzałej komórki ciała w roku 1996 – także przyjęto ze sceptycyzmem.

    W czerwcu tego roku tygodnik „Nature” przedstawił wyniki ankiety na blisko 3 tys. naukowców amerykańskich. Okazało się, że około jedna trzecia z nich przyznała się do karygodnego postępku dotyczącego metodologii badań w ciągu ostatnich trzech lat.

    6 proc. respondentów nie przedstawiło danych, które okazały się sprzeczne z wynikami ich własnych, wcześniejszych badań, 15 proc. zignorowało „twarde” naukowe dane na podstawie swojego „głębokiego przekonania”, a 15,5 proc. zmieniło projekt, metodologię lub wyniki badań pod presją instytucji finansujących.

    Jak napisali autorzy artykułu, współcześni naukowcy działają pod presją współzawodnictwa, wymagań prawnych i społecznych oraz żądań przełożonych, które skłaniają do naruszania rzetelności.

    gs

    Zygmunt Freud

    Najsłynniejszym naukowcom przypisuje się oszustwa. Zdaniem dużej grupy badaczy twórca psychoanalizy, Zygmunt Freud, dopuścił się co najmniej dwóch fałszerstw. Oszustwem był już pierwszy opis psychoanalizy u pacjentki znanej jako „Anna O.”. Freud miał ją rzekomo wyleczyć, tymczasem dziś wiadomo, że po terapii trafiła do zamkniętego zakładu psychiatrycznego. Ponadto Freud próbował odzwyczaić przyjaciela od morfiny, podając mu „nieszkodliwą” kokainę. Lekarstwo okazało się gorsze od choroby.

    Jednym z „klasycznych” oszustw naukowych jest przypadek „Człowieka z Piltdown”, półczłowieka, półmałpy, rzekomo odkrytego w roku 1912 przez Charlesa Dawsona. Fragment jego czaszki pochodził od człowieka ze średniowiecza, dolna szczęka należała do orangutana z Borneo, a ząb był kopalnym zębem szympansa. Roztwór żelaza i kwasu chromowego nadał kościom jednolity, starożytny wygląd, a odpowiednie podszlifowanie pozwoliło dopasować poszczególne fragmenty.

    Oszustwo, prawdopodobnie dokonane dla żartu przez współpracownika Dawsona, wyszło na jaw dopiero po 40 latach, dostarczając wygodnego argumentu przeciwnikom teorii ewolucji.

    Kilka lat temu w Chinach sfabrykowano szczególnie pomysłową skamieniałość, rzekomo brakujące ogniwo między gadami a ptakami. „Archaeoraptor” okazał się skomplikowaną układanką z 88 fragmentów skał oraz kości różnych zwierząt, co wykazała dopiero tomografia komputerowa.



    Archaeoraptor

    Najsłynniejszym chyba przypadkiem fałszerstwa w dziedzinie nauk biologicznych był przypadek Williama T. Summerlina, który twierdził że potrafi przeszczepiać u laboratoryjnych zwierząt rogówkę oka, gruczoły i skórę nawet w przypadkach, gdy teoretycznie przeszczep nie powinien się udać.

    vgf

    William T. Summerlin

    Niektóre pseudoodkrycia naukowe są wynikiem nie oszustwa, ale pomyłki. W roku 2001 francuscy naukowcy z Uniwersytetu Piotra i Marii Curie w Paryżu musieli przyznać, że opisana przez nich na podstawie myśliwskich opowieści i dziwnych rogów „rzadka azjatycka kozica”, Pseudonovibos spiralis, to w rzeczywistości zwykła krowa, której rogi poskręcali fantazyjnie tubylczy rzemieślnicy.

    Szczególnie brzemienne w skutki są pomyłki i oszustwa w dziedzinie medycyny. Niekompetencja dziennikarzy w połączeniu z siłą oddziaływania mediów sprawiły, że w latach 1997/98 metoda włoskiego profesora Luigiego di Bella znalazła szerokie zastosowanie w leczeniu raka dzięki wręcz histerycznemu poparciu społeczeństwa, z manifestacjami na ulicach i kryzysem rządowym włącznie. Połączenie witamin i modnych substancji, takich jak somatostatyna, melatonina, bromokryptyna i retinoidy, miało pobudzić siły odpornościowe pacjenta, nie uszkadzając zdrowych komórek. Jednak metoda okazała się bezskuteczna, a straty – ludzkie i materialne – olbrzymie.

    d

    Luigi di Bella

    W Polsce podobny los spotkał metodę zmarłego w roku 1996 profesora Tołpy – jego przeciwrakowy preparat z torfu okazał się nie tyle leczyć, co pobudzać wzrost raka. Natomiast dzięki hojnemu wsparciu rządu i Barbary Piaseckiej-Johnson do dziś istnieje firma sprzedająca torfowe kosmetyki.

    Więcej przykładów można znaleźć w książce Alexandra Kohna „Fałszywi prorocy – oszustwa i błąd w nauce i medycynie”, która kilka lat temu ukazała się nakładem Wydawnictwa Naukowego PWN.”

    ;
    Dipak Das

    http://wiadomosci.onet.pl/nauka/badacz-czerwonego-wina-oskarzony-o-naukowe-oszustw,1,4999846,wiadomosc.html

    „Część badań świadczących o korzystnym wpływie napojów alkoholowych na zdrowie została sfałszowana – informuje „New Scientist”.

    Jak wykazało trwające trzy lata dochodzenie przeprowadzone przez władze University of Connecticut, kierujący tamtejszym ośrodkiem badań kardiologicznych prof. Dipak Das winien jest 145 przypadków fałszowania i fabrykowania danych. Chodzi między innymi o wyniki analizy białek metodą Western blot i manipulacje dotyczące zdjęć dokumentujących te analizy. Raport, oparty na analizie ponad 100 artykułów liczy niemal 60 tys. stron. Prace profesora publikowało 11 czasopism specjalistycznych – zwykle nie były to wiodące pisma. Podejrzewa się, że współpracownicy profesora też mogą mieć nieczyste sumienie.

    Badania Dasa, dotyczące między innymi dobroczynnego działania zawartego w czerwonym winie resweratrolu budziły zainteresowanie opinii publicznej. W roku 2008 ogłosił, że także białe wino oraz piwo poprawiają stan zdrowia szczurów, chroniąc ich serca.

    W przypadku resweratrolu Das nie był pierwszym, który stwierdził jego korzystny wpływ na zdrowie. Wielu innych naukowców potwierdziło dobroczynne działanie tej substancji i wydaje się ono dobrze udokumentowane. Prof. David Sinclair z Harvard University, który odkrył, że resweratrol przedłuża życie myszy i muszek owocowych twierdzi, że w ogóle nie słyszał o Dasie.

    O tym, że badaniami profesora zajęło się US Office of Research Integrity zadecydował anonimowy donos. Autor sugerował, że doszło do fałszowania danych. Motywem działania prof. Dasa mogła być chęć pozyskania możliwie dużych funduszy z rządowych grantów.”

    rweyh

    http://nfaetyka.wordpress.com/2011/03/03/falszerstwa-w-nauce-wychodza-zwykle-na-jaw/

    „O tym, dlaczego naukowcy czasem mijają się z prawdą mówi w rozmowie z PAP chemik prof. Mirosław Soroka, były dziekan Wydziału Chemicznego Politechniki Wrocławskiej, który w marcu rozpoczyna na Uniwersytecie Wrocławskim otwarte wykłady o dobrych obyczajach w nauce. …

    MS: Uczeni oszukują zasadniczo z tych samych powodów co inni, a zatem np. dla kariery, zajęcia nieuprawnionego stanowiska czy dla zaszczytów (choćby przelotnych). Na pierwszym miejscu postawiłbym jednak brak możliwości intelektualnych… Z tego wynika prosta recepta na zwalczanie oszustw i oszustów – wystarczy pozbawić oszusta korzyści.

    Najpoważniejszą jednak przyczyną oszustw uczonych jest… prawo! Do oceny naukowców stosuje się m.in. „impact factor” i tzw. listę filadelfijską, zapominając o tym, że nauka jest niemierzalna! Więc wszyscy nominalni uczeni rozpaczliwie zabiegają o to, żeby za wszelką cenę coś opublikować!

    Skutki natychmiastowe takiego nacisku są dwa. Pierwszy to oczywista z konieczności miałkość „publikacji”. A drugi? Oczywista presja na każdego z nas, żeby jednak „coś” opublikować.

    Władze różnych szczebli próbują zrobić coś, co jest niewykonalne: próbują zmusić uczonych do pracy intelektualnej. Tego się nie da zrobić. Można ludzi zmusić do wybudowania kanału, kopalni, kamieniołomu, ale nigdy do pracy intelektualnej, do nauki…..

    Różnica między błędem, a oszustwem jest czasami trudna do zmierzenia. Błędy wynikają czasami z braku kompetencji, ale „wyglądają” jak zamierzone oszustwa. A przecież każdy też ma święte prawo do błędu, zwłaszcza uczony, który przecież porusza się po świecie nieznanym.”

    http://nfaetyka.wordpress.com/2011/07/17/nalezaloby-odebrac-status-wyzszych-uczelni-bardzo-wielu-tzw-uniwesytetom/

    ” Należałoby odebrać status wyższych uczelni bardzo wielu tzw. uniwesytetom
    ….Sądzę, że po ujawnieniu przykładu Rosenkranza należałoby odebrać status wyższych uczelni bardzo wielu tzw. uniwesytetom, które de facto nimi nie są….

    …Innymi słowy pana Rosenkranza nie zatrudniała żadna instytucja naukowa, a jedynie instytucja fasadowa, pozwalająca pracownikom na zarabianie pieniędzy dzięki wykonywaniu pozorów nauczania wyższego i ewentualnie wykonywania pozornej pracy naukowej (choć nawet w pozory tej pracy głęboko wątpię). Problemem owego szkolnictwa w Polsce nie od dziś jest jej bylejakość. Przykład Noaha Rosenkranza pokazuje jedynie bardzo ostrą formę dość powszechnej tendencji.”

    http://nfaetyka.wordpress.com/2011/09/29/plagiatofilia-na-wroclawskiej-akademii-medycznej/

    „Plagiatofilia na wrocławskiej Akademii Medycznej

    Prawie rok temu Centralna Komisja wznowiła przewód autorstwa dr. hab. Mariana Grybosia, profesora uczelnianego i kierownika I Katedry i Kliniki Ginekologii i Położnictwa AM we Wrocławiu….Na posiedzeniu w połowie czerwca 2011 r. Rada Wydziału Lekarskiego w głosowaniu tajnym (31 „za utrzymaniem”, 17 „za odebraniem” i 3 „wstrzymujące się”) podtrzymała decyzję z 1981 r. i nie anulowała „skażonej” plagiatem pracy doktorskiej.
….to kolejny sygnał tego ciała aprobującego zachowania, których w rzetelnej instytucji zaakceptować nie można. To tej Radzie Wydziału Centralna Komisja zawiesiła na 3 lata uprawnienia habilitacyjne za „niechęć” do załatwienia wznowienia przewodu habilitacyjnego rektora Ryszarda Andrzejaka. Sprawa odbiła się głośnym echem w całej Polsce. (Patrz też artykuł Utracona cześć Rady Wydziału, FA 11/2008, opisujący kulisy powołania Mariana Grybosia na stanowisko profesora uczelnianego w czasie toczącego się przeciwko niemu postępowania dyscyplinarnego, w którym zarzutem był plagiat w podręczniku akademickim.)…..

    ….Od dwóch lat w Biurze CK jest świetnie udokumentowana lista zarzutów dotyczących fałszowania i manipulacji danych w monografii habilitacyjnej prof. Grybosia, której istnieją dwa różne egzemplarze (sic!).Oprócz tego zaistniały liczne przejęcia tekstu w trzech rozdziałach współautorstwa M. Grybosia w podręczniku Ginekologii onkologicznej pod redakcją prof. Janiny Markowskiej z Poznania. Uczelniana Komisja Dyscyplinarna we Wrocławiu potwierdzając fakt przepisania wielu akapitów uznała to jako kwestię „złego smaku” i umorzyła sprawę. Rzecznik dyscyplinarny, prof. Stanisław Pielka, który wnosił o ukaranie naganą (sic!), nie odwołał się od tego kuriozalnego werdyktu. Podobnie „przyklepał” to ówczesny rektor Ryszard Andrzejak, mimo że publicznie wykazano, że przewodniczący Zespołu Orzekającego, prof. Mieczysław Woźniak, miał wspólne prace naukowe z prof. Grybosiem i z powodu konfliktu interesów powinien być wykluczony z orzekania w tej sprawie. Sprawie „ukręcono łeb”…”

    http://nfaetyka.wordpress.com/2011/12/20/wybrane-przypadki-oszustw-naukowych/

    „Wybrane przypadki oszustw naukowych

    rhd

    „W każdej minucie rodzi się naiwniak”

    http://stwarzanie.wordpress.com/2010/12/31/w-kazdej-minucie-rodzi-sie-naiwniak/

    Ewolucjonizm, fałszerstwa i ‘czynnik ludzki’

    http://stwarzanie.wordpress.com/2009/05/01/ewolucjonizm-falszerstwa-i-czynnik-ludzki/

    http://stwarzanie.wordpress.com/2009/02/24/slady-stop-z-laetoli-kolejna-odslona-mitu/

    Ślady stóp z Laetoli – kolejna odsłona mitu

    http://stwarzanie.wordpress.com/2011/04/06/przypadek-marca-hausera-falszerstwa-czy-oszukiwanie-samego-siebie/

    Przypadek Marca Hausera – fałszerstwa czy oszukiwanie samego siebie?

    gf

    Marc Hauser

    „(…) Szczegółów oficjalnie nie ujawniono, ale jeden z byłych asystentów twierdził, że gdy Hauser oglądał rejestracje badań zdolności rezusów do uczenia się kolejności dźwięków, widział zachowania niedostrzegane przez innych członków zespołu, ale za to pasujące do przyjętej przez niego hipotezy. A gdy mu wytykano te niezgodności, stwierdzał autorytatywnie, że jego interpretacje są słuszne, a wszyscy inni się mylą.

    Hauser przyznał się do popełnienia „znaczących błędów”. Obserwując reakcje moich kolegów na to szokujące wyznanie, zdziwiłem się, jak wielu z nich odruchowo zakłada, że jego działanie musiało być zamierzone. Na przykład fizyk z University of Maryland, Robert L. Park napisał w swojej stałej rubryce internetowej, że Hauser „zmyślił wyniki swoich badań”. Moim zdaniem nie jest to wcale pewne. Całkiem możliwe, że Hauser uległ wpływowi „efektu potwierdzenia” – tendencji do poszukiwania i postrzegania potwierdzeń naszej hipotezy oraz do odrzucania i przekręcania faktów z nią niezgodnych.

    Kilkadziesiąt lat badań kognitywistów i psychologów pozwala sądzić, że poszukiwanie potwierdzenia jest powszechniejsze, niż nam się wydaje. Nawet najlepsi naukowcy mogą ulec tej tendencji, zwłaszcza gdy mają głębokie przeświadczenie o słuszności własnych hipotez, a uzyskiwane wyniki nie są jednoznaczne. Trener czy zawodnik nie sprzecza się przecież z sędzią, gdy jego decyzja jest oczywista, ale wtedy, gdy istnieją wątpliwości.

    Specjalistom nauk behawioralnych, zwłaszcza z dziedziny psychologii i etologii zwierząt, najtrudniej zachować obiektywizm. Często wyciągają konkretne wnioski na podstawie danych, które można rozmaicie interpretować. W ubiegłym roku belgijski neurolog Steven Laureys uparcie twierdził, że pacjent w śpiączce może komunikować się ze światem zewnętrznym poprzez klawiaturę, mimo że dobrze kontrolowane testy tego nie potwierdziły. Klimatolodzy próbujący szacować zmiany temperatury w przeszłości również „stają przed trudnym zadaniem, ponieważ dysponują danymi niespójnymi i niekompletnymi” – stwierdza David J. Hand, statystyk z Imperial College London.

    Dwa czynniki utrudniają walkę z tendencją do wyszukiwania potwierdzeń. Po pierwsze, obserwacje wskazują, że prominentni naukowcy są bardziej aroganccy i pewni siebie od swoich mniej znanych kolegów. Jeśli zapomną o czujności, stają się niesłychanie podatni na wpływ efektu potwierdzenia, co prowadzi do wyciągania błędnych wniosków. Po drugie, silniejsza staje się presja wywierana na badaczy, aby za fundusze rządowe realizowali programy skupione na pojedynczych hipotezach. Wielu naukowcom szczególnie więc zależy na odrzucaniu lub wybiórczym reinterpretowaniu negatywnych wyników, gdyż te mogą zagrozić ich karierze. Niestety, gdy ludzie nauki zaczynają uważać się za odpornych na błędy, hamują postęp i szargają dobre imię nauki w oczach opinii publicznej. Cała struktura nauki opiera się na gotowości badaczy do przyjęcia, że mogą się mylić.

    Najlepszym antidotum na oszukiwanie samego siebie jest ścisłe przestrzeganie zasad metodyki naukowej. W rzeczy samej, historia uczy nas, że nauka to nie jedno narzędzie ustalania prawdy, ale raczej zróżnicowana kolekcja przemyślanych środków mających chronić nas przed tendencyjnością. W naukach behawioralnych podstawowymi metodami gwarantującymi obiektywne podejście są grupy kontrolne, próby ślepe i niezależne kodowanie danych. W ten sposób zmniejszamy ryzyko tego, że robocza hipoteza skłoni nas do dostrzegania rzeczy nieistniejących oraz ignorowania oczywistych. Astronom Carl Sagan oraz jego żona i zarazem współautorka wielu prac Ann Druyan stwierdzili, że nauka jest jak cichy głos w naszych głowach, mówiący: „Możesz być w błędzie. Już kiedyś się pomyliłeś”. Dobrzy naukowcy wcale nie są odporni na działanie efektu potwierdzenia. Po prostu pamiętają o nim i zabezpieczają się przed jego zgubnymi konsekwencjami, trzymając się sprecyzowanych wytycznych i procedur.
    d
    Scott O. Lilienfeld(…)

    jk

    pozdrawiam.

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s