Nieredukowalne instynkty

 WIELE instynktów jest tak dziwnych, że ich rozwój wyda się prawdopodobnie czytelnikowi trudnością wystarczającą do obalenia całej mojej teorii (…) Przede wszystkim mogę tutaj zauważyć, że nie zajmuję się bynajmniej pochodzeniem władz umysłowych, jak nie zajmowałem się powstawaniem samego życia”

                       Karol Darwin ‚O pochodzeniu gatunków’

 

Współcześnie żaden biolog nie ma wątpliwości co do faktu, że cechy fenotypowe różnych organizmów są kodowane w większości przypadków przez wiele genów, a same sieci genetyczne są bardzo złożonymi, współpracującymi ze sobą sieciami złożonymi z różnych ściśle powiązanych wzajemnie genów, a wszystkim zarządzają geny regulatorowe. Wiele badań potwierdza tezę, że te sieci genetyczne mają kaskadowy, nieredukowalnie złożony charakter, to znaczy po usunięciu (znokautowaniu) jednego genu z takiej sieci przestaje ona sprawnie działać, a w większości przypadków całkowicie przestaje prawidłowo funkcjonować, co się przekłada na fenotyp i skutkuje efektami subletalnymi, a najczęściej letalnymi.

Wiele instynktów jest kodowanych przez takie właśnie rodziny wielogenowe. Te sieci wielogenowe są odpowiedzialne za kodowanie wielu struktur w mózgach zwierząt odpowiedzialnych za złożone schematy zachowań.

Już dziecko wie, że ptak rodzi się z umiejętnością budowania gniazd, a bóbr konstruowania wyrafinowanych tam. Mrówka prządka rodzi się z umiejętnością budowania przemyślnych domów z liści, przy czym za spoiwo budowlane służy im jedwab, który wydzielają ich larwy. Termity potrafią budować przemyślne klimatyzowane pałace, a bleskotki potrafią przeprowadzać skomplikowane operacje behawioralne, żeby skutecznie zapylać figowce.

W ostatnich 15 latach obserwujemy spektakularny rozwój biologii molekularnej i biotechnologii, co skutkowało, i skutkuje, tym, że uczeni zdobyli wiele narzędzi molekularnych, które pozwalają im na inwazyjną manipulację przebiegiem procesów genetycznych, jakie zachodzą podczas rozwoju płodowego. Jednym z takich narzędzi jest nokautowanie genów. Technika ta już nie raz przyczyniła się do namierzenia układów nieredukowalnie złożonych. Nokautowano różne geny, takie jak te odpowiedzialne za prawidłowy przebieg powstawania kaskady krzepnięcia krwi, czy echolokacji u nietoperzy. W obu przypadkach efekty okazały się tragiczne w skutkach. Kaskada krzepnięcia krwi pozbawiona jakiegoś elementu przestawała pełnić swoją funkcję, co skutkowało krwotokami i śmiercią organizmu, u którego znokautowano jeden z genów kodujących jakieś białko wchodzące w jej skład. Natomiast np. po uszkodzeniu funkcji genu FoxP2 u nietoperzy odpowiedzialnego za prawidłowy rozwój echolokacji, nietoperze rozbijały się na słupach. A przecież jest to tylko jeden z wielu genów odpowiedzialnych za prawidłowy rozwój echolokacji u nietoperzy!

Schematy obrazujące:

1) Prawidłowo dziłającą kaskadę krzepnięcia krwi.

2) Wadliwie funkcjinującą kaskadę krzepnięcia krwi. Przytłaczająca większość sieci genetycznych  funkcjonuje właśnie na takich zasadach.

Nietoperze pozbawione prawidłowej funkcji genu FoxP2 mają kaleką echolokację i rozbijają się o drzewa i słupy.

Żeby dotknąć sedna sprawy, bo przecież piszę o nieredukowalnych instynktach, najpierw przyjrzę się eksperymentowi, który opisał Richard Dawkins w swojej książce ‚Samolubny gen’. Żeby nie pozostawiać miejsca na różne spekulacje zacytuję fragment opisujący ten eksperyment w całości. Ciekawy eksperyment, jaki opisał Richard Dawkins wyraznie pokazuje, że isntynkty kodowane genetycznie są kodowane wielogenowo, i żeby działały one prawidłowo, pod względem kodowanej funkcji, już od poczatku musiały być kompletne całe zestawy genów kodujących dane funkcję behawioralne. A więc funkcje te nie mogły ewoluować stopniowo. Najważniejsze z myśli, jakie wyłuszczył Richard Dawkins podkreśliełem, ponieważ poniekąd popierają one moje wnioski.

Samolubny gen’ str 95

Richard Dawkins napisał :

„(….) Pozwólcie, że opowiem miast tego o studiach nad pewnym wzorcem zachowania, który akurat nie jest ewidentnie altruistyczny, jest za to dość interesujący poprzez swoją złożoność. Posłuży nam jako model dla przedstawienia sposobu, w jaki mogłyby być dziedziczone zachowania altruistyczne.

Pszczoły chorują na chorobę zakaźną, zwaną zgnilcem. Atakuje ona larwy w komórkach plastra. Wśród udomowionych ras pszczelich ryzyko zapadnięcia na tę chorobę jest u niektórych ras większe niż u innych i, jak się okazuje, różnica między szczepami – przynajmniej w niektórych przypadkach – przejawia się na poziomie behawioralnym. Istnieją szczepy zwane higienicznymi, które szybko opanowują epidemię, lokalizując zakażone larwy, a następnie wydobywając je z komórek i wyrzucając z ula. Inne szczepy nie praktykują tej dzieciobójczej higieny i te podatne są na chorobę. Zachowanie zaangażowane bezpośrednio w zabiegi higieniczne jest dość złożone. Robotnice muszą zlokalizować komórkę z zakażoną larwą, usunąć z komórki woskową pokrywę, wyciągnąć larwę, przeciągnąć ją przez wejście do ula i zrzucić na stertę śmieci.

Prowadzenie eksperymentów genetycznych na pszczołach jest z wielu powodów sprawą skomplikowaną. Robotnice z reguły się nie rozmnażają, krzyżuje się więc królową jednego szczepu z trutniem (czyli samcem) wywodzącym się z innego, a następnie obserwuje się zachowanie potomnych robotnic.

Tym właśnie zajmował się W. C. Rothenbuhler. Stwierdził on, że w pierwszym pokoleniu mieszańców wszystkie roje były niehigieniczne: ta cecha ich higienicznego rodzica wydawała się być tracona, choć, jak się źniej wyjaśniło, geny na higieniczność wciąż były obecne, ale okazały się być recesywne, tak jak geny na niebieskie oczy u człowieka. Gdy Rothenbuhler skrzyżował wstecznie mieszańce pierwszego pokolenia z czystym szczepem higienicznym (znów oczywiście biorąc królowe i trutnie), otrzymał przepiękny rezultat. Wśród potomnych rojów dało się wyróżnić trzy grupy. Jedna z grup demonstrowała pełny zestaw zachowań higienicznych, druga nie wykazywała ich w ogóle, trzecia natomiast zatrzymywała się w pół drogi. W grupie tej robotnice otwierały woskowe komórki z chorymi larwami, ale nie wyrzucały larw z ula.

Pszczoły higieniczne pozbawione funkcji jednego z genów kodujących zachowania higieniczne, nie potrafią otwierać wieczka komory plastra, aby wydobyć z niej zakażoną larwę i wyrzucić ją z ula.

Rothenbuhler podejrzewał, że mogą istnieć dwa osobne geny, jeden na otwieranie komórek, a drugi na wyrzucanie larw. W pełni higieniczne szczepy miały zarówno jeden, jak i drugi gen, natomiast szczepy podatne miały konkurujące allele ich obu. Mieszańce, które zatrzymywały się w pół drogi, przypuszczalnie miały (w podwójnej dawce) gen na otwieranie komórek, ale żadnego genu na wyrzucanie.

Rothenbuhler domyślał się, że grupa pozornie całkowicie niehigienicznych pszczół mogła ukrywać podgrupę mającą gen na wyrzucanie, którego efekt nie mógł się przejawić z powodu braku genu na otwieranie.

Potwierdził to bardzo eleganckim eksperymentem, w którym usunął pokrywy komórek osobiście. Rzeczywiście, połowa spośród pozornie niehigienicznych pszczół zaczęła w efekcie przejawiać całkowicie normalny behawior wyrzucania.

Historia ta ilustruje wiele istotnych kwestii, które pojawiły się w poprzednim rozdziale. (…)

Historia ta dodatkowo ilustruje zjawisko „współpracy” genów w wywieranych przez nie oddziaływaniach na zachowania wspólnej maszyny przetrwania. Gen na wyrzucanie jest bezużyteczny, jeśli nie towarzyszy mu gen na otwieranie i odwrotnie. Eksperymenty genetyczne pokazują jednak równie jasno, że w swojej podróży poprzez pokolenia geny te są w zasadzie całkowicie odrębne. Będąc jednym zespołem współpracującym przy wypełnianiu użytecznej funkcji, jako replikujące się geny są dwoma wolnymi i niezależnymi elementami. „

Jeden przykład nie świadczy o niczym, więc zanim przejdę do omówienia istoty problemu dla hipotezy ewolucyjnej, która postuluje samoistne wyewoluowanie wyrafinowanych schematów behawioralnych, opiszę jeszcze jeden podobny przykład:

Badacze w tym eksperymencie skrzyżowali dwa podgatunki papużek: PAPUŻKĘ NIEROZŁĄCZKĘ CZERWONOCZELNĄ, która materiał do budowy gniazd (głównie patyki) nosi uprzednio wkładając je między pióra na grzbiecie. Oraz PAPUŻKĘ NIEROZŁĄCZKĘ RUDOGŁOWĄ, która materiał na budowę gniazd nosi w dziobie. Mieszańce będące wynikiem tej krzyżówki chcą wetknąc patyki pod pióra równocześnie nie wypuszczając ich z dziobów. Mamy tutaj analogiczny przypadek, jak z tymi HIGIENICZNYMI pszczołami. Eksperyment pokazujący w sposób przytłaczający, że SCHODZĄC DO POZIOMU GENÓW dowiadujemy się, że wiele (o ile nie wszystkie!) instynktów kodowanych genetycznie mają nieredukowalny charakter,a więc nie mogły powstawać na drodze STOPNIOWEJ ewolucji, poprzez dodawanie kolejnych genów. Bo jaka korzyść z genu na wyrzucanie zainfekowanych larw, jeżeli nie ma jeszcze genu na otwieranie wieczka (i vice versa)?

                Papużka nierozłączka czerwonoczelna

papużka nierozłączka rudogłowa

Omówmy teraz kilka z milionów isteniejących na świecie przykładów bardziej wyrafinowanych, genetycznie kodowanych strategii behawioralnych niż te opisane u dyskutowanych wyżej pszczół. Nie napiszę „i u papużek”, ponieważ opisane czynności związane z transportem elementów do budowy gniazda, to tylko szczegół  w skomplikowanym procesie wiodącym do powstawania tego gniazda. Choć oczywiście na tyle istotny iż destabilizuje pracę papużek pod kątem możliwości budowania przez nie gniazda. A więc jest to mocny przykład potwierdzający nieredukowalnie złożony charakter genetycznie kodowanych zachowań behawioralnych. Czytając proszę się poważnie  zastanowić ile genów musi kodować poniżej opisane schematy zachowań i proponuję się ponadto zastanowić, w jaki sposób mogły one powstawać STOPNIOWO poprzez DODAWANIE kolejnych genów na przestrzeni długich okresów czasu.

Pierwszy przykład zaczerpnę z innej książki Richarda Dawkinsa ‚Wspinaczka na szczyt góry nieprawdopodobieństwa”. Jest to opis wyrafinowanej współpracy wspomnianych przeze mnie na początku bleskotek i figowców. Ograniczę się w tym przypadku do zaznaczania najważniejszych myśli. Nie będę komentował tego zjawiska pod kątem dyskutowanych problemów dla teorii ewolucji, ponieważ sam autor doskonale to uczynił. Odniosę się natomiast szerzej do pozostałych przykładów, a najistotniejsze myśli z wywodu autora, te nad którymi proponuję się szczególnie zastanowić, podkreśliłem.

Richard Dawkins napisał:

Trudność opisania życia (…) bleskotek polega na tym, że toczy się ono cyklicznie i nie bardzo wiadomo, od którego momentu rozpocząć. Nic się jednak nie da poradzić, rozpocznę więc od wyklucia się z jaj ich larw, każdej zwiniętej w swoim małym pojemniku u podstawy jednego z kwiatów żeńskich głęboko w środku zamkniętego ogrodu. Larwa, żywiąc się rosnącym nasionem, powoli osiąga dojrzałość i przegryzając ściankę swojego kokonu, wydostaje się na wolność w ciemnym figowym wnętrzu. Dalsze losy samców i samic różnią się zasadniczo. Samce, wykluwające się nieco wcześniej, wędrują po fidze w poszukiwaniu pojemników z nie wyklutymi jeszcze samicami. Kiedy na taki natrafią, przegryzają się przez ściankę zalążni i kopulują z nie narodzonymi jeszcze dziewicami. Następnie samice uwalniają się z miejsca narodzin i ruszają na spacer po miniaturowym wiszącym ogrodzie. Szczegóły zachodzących potem wydarzeń żnią się nieco w zależności od gatunku. Typowe natomiast jest poszukiwanie przez samice męskich kwiatów figowca, które zwykle znajdują się u wyjścia. Posługując się swymi znakomitymi, jak wykonanymi na zamówienie, szczoteczkami pyłkowymi umiejscowionymi na przednich odnóżach, pilnie pracują w ciemnościach, systematycznie zgarniając pyłek do specjalnych kieszeni pyłkowych we wgłębieniach swoich tułowi. Uderzające jest, że dokładają tak wielkich starań, by zebrać pyłek,i że mają specjalne pojemniki umożliwiające im wykonanie tego zadania. Większość dokonujących zapylenia owadów po prostu chcąc nie chcąc zostaje obsypana pyłkiem. Nie mają specjalnego aparatu do przenoszenia pyłku ani instynktu nakazującego im go zbierać. Pszczoły tak – mają koszyczki pyłkowe, które – pęczniejąc – stają się żółte lub brązowe od gromadzonego w nich pyłku. Zbierają go jednak po to, by karmić nim swoje larwy. Bleskotki nie przenoszą pyłku, aby go jeść. Zabierają go ze sobą wyłącznie w celu zapylenia figowców (które odwdzięczają się im za to w nieco bardziej pośredni sposób). (….)

                                  Owoce figowca

Uginając się pod ciężarem cennego pyłku, samice wylatują w świat. Sposób, w jaki wydostają się na zewnątrz figi, różni się u poszczególnych gatunków. Jedne wyczołgują się przez „ogrodową bramę” – niewielki otwór na szczycie figi (ryc. 10.2). U innych zadanie wycięcia w ścianie figi otworu, umożliwiającego samicom uwolnienie się, należy do samców, które czynią to zespołowo, w grupach liczących po kilkadziesiąt osobników.  Na tym rola samców się kończy, ale samice najważniejszy moment życia mają jeszcze przed sobą. Dostawszy się do nieznanego świata, poszukują, kierując się węchem, innych fig należących do właściwego gatunku. Figi muszą być zarazem w odpowiednim stadium rozwoju – kiedy dojrzałość osiągnęły już ich kwiaty żeńskie. Odnalazłszy właściwą figę, samica lokalizuje niewielki otwór znajdujący się na jej szczycie i wpełza do ciemnego wnętrza. Wejście jest tak wąskie, że nieraz traci przy tym swoje skrzydła. Naukowcy badający otwory fig stwierdzili, że są one często zatkane powyrywanymi skrzydełkami, czułkami i innymi fragmentami ciała bleskotek. Dla figi korzyść z posiadania tak wąskiego wejścia polega na tym, że zapobiega to wtargnięciu do środka niepożądanych . Wewnątrz figi samica bleskotki wypełnia swoją najważniejszą misję – a ma ona podwójny charakter. Musi zapylić wszystkie żeńskie kwiaty, jakie odwiedzi, a także złożyć w nich jaja. Ale nie we wszystkich. Gdyby złożyła jaja we wszystkich kwiatach, figa ta nie spełniłaby swej roli organu umożliwiającego rozmnażanie figowca – wszystkie jej nasiona zostałyby bowiem zjedzone przez larwy bleskotek. (….)

                                             Bleskotka

Nasza samica właśnie prześlizgnęła się jak Alicja przez maleńkie drzwiczki, aby już nigdy nie zobaczyć otwartej przestrzeni, i przymierza się do uwolnienia się od pyłku zebranego w poprzedniej fidze tuż po swoim urodzeniu. Jej zachowanie nosi znamiona zamierzonego. Samica nie tylko nie pozbywa się pyłku w sposób przypadkowy, strząsając go ze swego ciała, jak to się dzieje z większością zapylających różne kwiaty owadów. Samice przynajmniej niektórych gatunków bleskotek pozbawiają się swojego brzemienia z taką samą starannością i uwagą, z jaką poprzednio je sobie przygotowywały. Ponownie wykorzystują do tego specjalne szczotki znajdujące się na ich przednich odnóżach: ze swoich jak zrobionych na zamówienie kieszeni systematycznie wygarniają pyłek na owe szczotki i zdecydowanymi ruchami strącają go na gotowe do przyjęcia pyłku znamiona słupków kwiatów żeńskich.

Nasza opowieść o cyklu życiowym tych owadów dobiega końca. Ich życie też dobiega tu kresu. Dopełzają do jakiejś wilgotnej szczeliny owego zamkniętego ogrodu i giną. Giną, ale pozostawiają po sobie megabity informacji genetycznej wiernie powtórzonej w ich jajach, i cykl rozpoczyna się na nowo. (…) Pochlebiam sobie, że nawet bardzo trudne sprawy staram się wyjaśniać w przystępny sposób, ale tym razem mogę nie stanąć na wysokości zadania. Uczynię wszystko, co w mojej mocy, ale jeśli nie podołam, proszę winić za to figowce i ich bleskotki. Czy raczej, nie winić ani mnie, ani ich, ale ewolucję za wymyślne cuda owego skomplikowanego tańca, towarzyszącego jej przez cały czas jej trwania. „

Richard Dawkins

Richard Dawkins w dalszej części wywodu usiłuje podać jakieś ewolucyjne ‚wyjaśnienie’ uzasadniające istnienie tych behawioralnych strategii. Oczywiście nie robi tego odwołując się do poziomu genów, jak to uczynił opisując wyżej dyskutowane strategie pszczół, ale zaczyna puszczać wodze fantazji pisząc przeważnie nie na temat. Zamiast pisać o ewolucji molekularnej pisze o teorii gier i „teorii dobrej miny do złej gry”, tym samym samemu robiąc dobrą minę do złej gry…

Kiedy mowa o wrodzonych instynktach wielu osobom od razu przychodzi na myśl umiejętność budowania gniazd przez ptaki. Weźmy więc pod lupę ptaka krawczyka. Pewna książka tak opisuje strategię budowania gniazda przez tego ptaka:

Krawczyk zamieszkujący południową Azję sporządza przędzę z włókienek bawełny lub łyka oraz pajęczyn, łącząc krótkie kawałki w dłuższą nić. Przekłuwa dziobem otwory wzdłuż krawędzi dużego liścia, po czym, posługując się dziobem niby igłą, zesznurowuje nicią oba brzegi liścia, tak jak my sznurujemy buty. Gdy się nić skończy, zawiązuje węzeł albo splata ją z inną nicią i szyje dalej. W ten sposób sporządza z dużego liścia torebkę, w której wije gniazdo.”

Zatrzymajmy się przez chwilę i zastanówmy ile genów musiałoby krok po kroku wyewoluować, żeby powstała opisana wyżej strategia budowania gniazda przez krawczyka?

W bardzo uproszczonym zarysie:

  1. Najpierw musiałby powstać gen (geny) zmuszający ptaka do budowy tego typu liściastego gniazda, w którym następnie buduje gniazdo sprzyjajace wychowywaniu potomstwa.

  2. Następnie musiałyby powstać geny, które kodują struktury niezbędne do rozpoznawania odpowiedniego materiału, z którego ptak poprzez łączenie mniejszych fragmentów plecie dłużą nic. No i oczywiście geny umożliwiające ptakom ich splatanie z krótszych fragmentów dłuższe odcinki.

  1. Kolejny etap, to powstanie genów na robienie odpowiednich otworów w liściu, zszywanie i tworzenie odpowiednich supłów zabezpieczających, ponieważ niezabezpieczony koniec nici wywlekłby się z przekłutego otworu i częściowo zesznurowane gniazdo po prostu by się w rozleciało

Nawet jeżeli założymy, że te poszczególne etapy mogły  początkowo spełniać jakieś inne funkcje (jakie?), to w jaki sposób i dlaczego pozbierały się one w jednym czasie, żeby współgrać i umożliwić krawczykowi budowę swojego wyrafinowanego gniazda?

Innymi wyrafinowanymi strategiami behawioralnymi posługują się mrówki prządki. Budują one swoje mrowiska z liści, które w zorganizowany sposób sklejają jedwabiem, który wytwarzają ich larwy. Proponuję się zastanowić, czy było możliwe, aby w przeszłości u przodków tych mrówek mogły STOPNIOWO powstawać geny umożliwiające tą zbiorową i wysoce zorganizowaną pracę, tych zdumiewających owadów.

Powyżej na ilustracji mrówki prządki w synchroniczny, wysoce zorganizowany sposób współpracują przy tworzeniu wyrafinowanych budowli z liści, zespołowo przyciągając do siebie  krawędzie liści, aby zostały zespolone jedwabiem. Inne robotnice tym czasem używając jedwabiu, jaki produkują larwy tych zwierząt, sklejają liście do kupy. Ile genów bierze udział w kierowaniu poszczególnymi sekwencjami tych czynności? Czy takie genetycznie kodowane strategie mogły powstawać stopniowo?

Z jakich funkcji mogłyby się wykształcić te wyrafinowane strategie? Jak bumerang powraca pytanie, które zadał Michael Behe odnośnie możliwości ewolucji biochemicznych układów nieredukowalnie złożonych. Powraca zwłaszcza wówczas, kiedy przyglądamy się temu wszystkiemu z poziomu genów, to znaczy nieredukowalnie złożonych kaskad genetycznych. Profesor Michael Behe odnośnie pewnych nieredukowalnie złożonych systemów biochemicznych zapytał: „jaka funkcja mogła być pierwsza?” . Innymi słowy; z czego owe systemy mogły wyewoluować.

Z jakich funkcji mogły wyewoluować złożone, genetycznie kodowane zachowania, jak te u mrówek prządek, które składają się z poszczególnych sekwencji i są współcześnie tak nierozerwanie zintegrowane, jeżeli chodzi o dzisiejszą funkcję budowania mrowisk ? I jak to się stało, że poszczególne zachowania u dyskutowanych mrówek prządek pozbierały się w jedną całość, w jednym czasie, aby umożliwić mrówkom prządkom budowanie swoich przemyślnych konstrukcji? Czyli powraca pytanie postawione w przypadku omawianego wyżej ptaka krawczyka. A w rzeczywistości można je zadać odnośnie każdego z milionów różnych kodowanych genetycznie instynktów występujących na świecie (lub tych, które na świecie występowały u wymarłych stworzeń). Takich, jak złożone zachowania godowe, altruistyczne, czy istynkty migracyjne.

 

Mrówka prządka używając larwy, jak tubki z klejem skleja liście.

Gniazda prządek bywają przestronne. To położone w Kambodży ma 20 cm szerokości, inne osiągają nawet 60. Kolonia może rozkładać wagę pół miliona robotnic równającą się ciężarowi dużego kota, utrzymując powyżej stu gniazd rozmieszczonych na wielu drzewach.

Jaka MOGŁA ISNIEĆ korzyść z nacinania przez mrówki prządki żuwaczkami i dopasowywania liści, kiedy jeszcze nie istniały geny na ich spajanie jedwabiem produkowanym przez larwy tych mrówek? Jaka korzyść z tego wszystkiego, kiedy mrówki nie posiadały jeszcze genetycznie kodowanej umiejętności do zespołowej pracy i nie posiadały genów umożliwiających im posługiwanie się larwami, jak tubkami z klejem? Jaka korzyść z tego wszystkiego, kiedy jeszcze nie istniały geny umożliwiające larwom odbieranie sygnałów dotykowych od robotnic, które manipulują nimi odpowiednio naciskając żuwaczkami w celu wytworzenia odpowiednich porcji jedwabiu?

To oczywiście nie wszystkie pytania, jakie można zadać w  przypadku opisywanego krawczyka i mrówek prządek. Jednak choćby ten uproszczony test, złożony z podstawowych pytań pokazuje, że w tym przypadku żadna korzyść z niekompletnej strategii budowania mrowiska przez mrówki prządki oraz gniazda przez ptaka krawczyka. Wiec proponuję zadać sobie ostatnie pytanie: jaką przewagę selekcyjną mogły dawać mrówkom prządkom, czy ptakom krawczykom niekompletne strategie behawioralne jeżeli chodzi o prawidłowy przebieg budowania przez nie swojego mrowiska, czy w przypadku krawczyka budowy gniazda; pod wzgledem dzisiejszych funkcji tych struktur?

Na koniec powrócę jeszcze do przykładu pszczół higienicznych, który opisał zacytowany Richard Dawkins w swoim ‚Samolubnym genie’ oraz do przykładu opisanego przeze mnie procesu krzyżówek dwóch odmian papużek. W przypisach do nowych wydań ‚Samolubnego genu’  Dawkins napisał:

Str. 95 Pszczoły higieniczne

Gdyby pierwsze wydanie tej książki miało przypisy, jeden z nich poświęcony byłby wyjaśnieniu – tak jak to skrupulatnie zrobił Rothenbuhler – że rezultaty jego eksperymentów nie były aż tak jednoznaczne. Wśród wielu kolonii, które zgodnie z teorią nie powinny przejawiać zachowań higienicznych, znalazła się jedna, która je przejawiała. Przytoczę słowa Rothenbuhlera: „Nie możemy zlekceważyć tego rezultatu, nawet gdybyśmy bardzo tego chcieli, jednak naszą hipotezę opieramy na pozostałych wynikach”. „

Powyższa informacja świadczy o tym, że obydwie opisane odmiany pszczół pochodzą od wspólnego przodka, który już od początku posiadał geny na zachowania higieniczne. Jednak po rozdzieleniu się poszczególnych populacji pszczoły te uległy procesowi przypominającemu ten wywołujący specjację. Różnice genetyczne pomiędzy dwoma populacjami zostały wywołane dryfem genetycznym i przemeblowaniami w chromosomach na skutek rekombinacji genetycznych, tak iż u jednej grupy geny odpowiedzialne za zachowania higieniczne stały się recesywne. Później, kiedy populacje znowu zaczęły się krzyżować chromosomy homologiczne u mieszańców nie współgrały już ze sobą tak, aby wszystkie geny odpowiedzialne za zachowania higieniczne były dominujące. W ten sposób powstała sytuacja przypominająca proces nokautowania genów. No i rozpatrując przykłady tych pszczół i papużek uzuskujemy mocne dowódy na to, że patrząc z poziomu genów, genetycznie kodowane instynkty są nieredukowalnie złożone.

Źródła:

Jak powstało życie przez ewolucje czy przez stwarzanie”

Wydanie towarzystwo Strażnica.

http://img.national-geographic.pl/images/1107/pics/02_building_canopy_leaf_7ece3f7795.jpg

http://adam_figarski.republika.pl/

‚Rodzinne gniazdo’ Autor: Vitus B. Dröscher

Strona poświęcona hemofilii

Wersja PDF

 https://bioslawek.files.wordpress.com/2012/02/biosc582awek-nieredukowalne-instynkty.pdf

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s