Ślepy Dawkins- Recenzja książki Richarda Dawkinsa Ślepy zegarmistrz

                  http://www.jodkowski.pl/rodzina_html/teksty/dawkins.html                                                                               

 

 

                                                            Cel książki Dawkinsa

 

 Ślepy zegarmistrz jest atakiem na kreacjonizm różnych odmian oraz próbą przekonania przeciętnego czytelnika, że „neodarwinowska wizja ewolucji to jedna z najlepiej uzasadnionych hipotez, jakie kiedykolwiek zaproponowano, by wyjaśnić zjawiska przyrodnicze”. [7] Dawkins uważa, że od czasów Darwina potrafimy już udzielić prawdziwej odpowiedzi na podstawowe pytanie człowieka: „Dlaczego istniejemy?” Jego zdaniem Darwin sprawił, że dziś „ateizm jest w pełni satysfakcjonujący intelektualnie” (s. 28). [8] Dotychczas spostrzeżenie olbrzymiej złożoności organizmów biologicznych skłaniało ludzi do wniosku, że musiał je zaprojektować niezwykle inteligentny Projektant.

 Jesteśmy przyzwyczajeni do koncepcji, że złożoność i elegancja obiektu to świadectwo przemyślanego zamiaru i projektu. (s. 17)
Ale padamy ofiarą złudzenia:
Biologia zajmuje się obiektami złożonymi, tworzącymi wrażenie celowego zamysłu. (s. 21)
Żywe efekty działania doboru naturalnego sprawiają wrażenie przemyślanego projektu, jak gdyby zaplanował je prawdziwy zegarmistrz. (s. 47)
Do wyjaśnienia, dlaczego takie obiekty istnieją, nie jest potrzebna teoria Rozumnego Stwórcy.
Wbrew wszelkim pozorom jedynym zegarmistrzem w przyrodzie są ślepe siły fizyczne (…). Dobór naturalny – odkryty przez Darwina ślepy, bezrozumny i automatyczny proces, o którym wiemy dziś, że stanowi wyjaśnienie zarówno istnienia, jak i pozornej celowości wszystkich form życia – działa bez żadnego zamysłu. Nie ma ani rozumu, ani wyobraźni. Nic nie planuje na przyszłość. Nie tworzy wizji, nie przewiduje, nie widzi. Jeśli w ogóle można o nim powiedzieć, że odgrywa w przyrodzie rolę zegarmistrza – to jest to ślepy zegarmistrz. (s. 27)
Dobór naturalny to ślepy zegarmistrz – ślepy, bo nie patrzy w przód, nie planuje konsekwencji, nie ma celu. (s. 47)

 

 

                                          

Mistrz technik propagandowych

 Dawkins perfekcyjnie stosuje podstawową technikę skutecznej propagandy: Zanim jeszcze przedstawi choćby zarys jakichkolwiek empirycznych argumentów, a i później też, jego podstawowe twierdzenie jest w książce wielokrotnie powtarzane, „wbijane” do głowy czytelnika:

 Nasze własne istnienie stanowiło niegdyś największą ze wszystkich tajemnic świata, ale zagadka została już rozwiązana. Wyjaśnili ją Darwin i Wallace (…). (s. 13)
Darwinowski światopogląd jest prawdziwy (…) jest to jedyna znana dziś koncepcja, która w ogóle może – choćby tylko w teorii – wyjaśnić tajemnicę naszego istnienia. (s. 14)
itd.

  Nie znaczy to, że Dawkins ogranicza się do gołosłownych twierdzeń. Daje też ciekawe ilustracje przebiegu ewolucji. Ale dotyczą one nie rzeczywistego świata ożywionego, lecz raczej programów komputerowych (wyłaniania się sensownego zdania z chaosu liter i otrzymywanie „zwierzopodobnych” rysunków). Wszystkie jego przykłady zakładają jednak coś, co kreacjoniści negują. Na domiar złego Dawkins założenia tego nie analizuje ani nawet nie werbalizuje: że na każdym etapie rozwoju ewolucyjnego mogą i pojawiają się mutacje mające wartość przeżycia. Jak wiadomo, kreacjoniści dopuszczają zmienność jedynie w pewnych granicach, po osiągnięciu których praktycznie nie istnieje możliwość mutacji (rozumianej gradualistycznie, jako niewielkiego kroczka) korzystnej dla organizmu. Odróżniają więc, za ewolucjonistami zresztą, mikroewolucję i makroewolucję (za Gouldem) albo inaczej: subspecjację i transspecjację (za Dobzhanskym, Ayalą, Stebbinsem i Valentine’em) akceptując pierwszą i odrzucając drugą. [9]

Jeśli chodzi o bardzo sugestywny przykład otrzymywania sensownego zdania z bezsensownego ciągu liter, to w literaturze przedmiotu wskazuje się (Adam Łomnicki), że „Ta analogia Dawkinsa nie jest najlepsza, ponieważ dobór naturalny niczego nie zakłada i do niczego nie dąży, a tu założyliśmy pewne sensowne zdanie, do którego losowy zestaw liter i pustych miejsc ma dojść”. [10]

O modelu komputerowym wspomina w następnym fragmencie omawianego typu (to jest typu „wbijania” prawdy do głowy):

 Dobór kumulatywny – obojętne czy w postaci doboru sztucznego w modelu komputerowym, czy też jako dobór naturalny w prawdziwej przyrodzie – to skuteczny program poszukiwawczy, a jego efekty bardzo przypominają skutki działania twórczej inteligencji. (s. 115)

 Oczywiście, wniosek ten uzasadniony jest w książce jedynie dla modelu komputerowego, ale czy to trudno rozszerzyć go „w głowie” i na dobór naturalny?

Ostatecznie po wielokrotnie powtarzanych zapewnieniach o prawdziwości modelu darwinowskiego znikają wszelkie wątpliwości. Czytelnik musi już wiedzieć:

 

Teoretycznie rzecz biorąc, skakanie mogłoby doprowadzić do sukcesu szybciej – za jednym susem. Ponieważ jednak szansa, że to się uda, jest znikomo mała, jedyny sensowny sposób to sekwencja małych kroków, z których każdy buduje na sumarycznym sukcesie kroków poprzednich.

Sformułowania powyższych akapitów prowadzić mogą do nieporozumienia, które trzeba od razu wyjaśnić. Brzmią one tak, jak gdyby ewolucja dążyła do odległych celów, prowadziła do takich obiektów jak na przykład skorpiony. Jak już wiemy, tak nie jest. (s. 125-126) 

Jak już wiemy… Oczywiście, nie przeszkadza mu to, że owa „wiedza” to raczej rezultat wielokrotnej repetycji niż argumentacji.

Dawkins nie wypowiada jedynie ogólnych twierdzeń o prawdziwości teorii ewolucji. Wypowiada też (również bez uzasadnienia) uszczegółowienia tych ogólnych twierdzeń, na przykład takie: 

 

 W efekcie działającej przez wiele pokoleń kumulatywnej ewolucji storczyków trutnie pszczół doprowadziły do powstania pszczołowatego kształtu pewnych storczyków, gdyż usiłowały kopulować z ich kwiatami i przenosiły dzięki temu ich pyłek. (s. 111)

 Pomijam już „drobiazg”, że podany przez Dawkinsa przykład nie jest przykładem ewolucji (makroewolucji), na temat którego trwa spór między kreacjonistami i ewolucjonistami (nie ma tu przekształcania się jednego typu, jak mówią kreacjoniści, [11] w drugi). [12] Jak już wspomniałem, taką „ewolucję” kreacjoniści śmiało mogą zaakceptować i akceptują. Tu chcę zwrócić uwagę tylko na to, że twierdzenie o (mikro)ewolucji storczyków jest podane bez cienia uzasadnienia. Mamy w to po prostu wierzyć i już! [13]

Ale mówi też i o prawdziwej ewolucji (makroewolucji):

 

 Posługując się mniej lub bardziej abstrakcyjnym rozumowaniem, doszliśmy zatem do wniosku, że można sobie wyobrazić taką sekwencję X-ów – z których każdy jest dostatecznie zbliżony do swego sąsiada, by można go było w owego sąsiada przekształcić (…) (s. 131)

Cytowany wyżej abstrakcyjny schemat wypełnił treścią analizując jeden przykład – ewolucję oka (później także płuc i skrzydeł). Krytykował na przykład zacytowany duży fragment antydarwinisty Hitchinga [14] z książki The Neck of the Giraffe or Where Darwin Went Wrong (Szyja żyrafy, czyli gdzie tkwi błąd Darwina). Skupił się jednak na pewnym niefortunnym zdaniu Hitchinga, słusznie zdanie to obalił, a nawet ośmieszył, niedostrzegając (lub nie chcąc dostrzec) znacznie mocniejszego wątku w zacytowanym fragmencie książki Hitchinga. Żeby ujrzeć sposób argumentowania Dawkinsa w tej sprawie, przytoczę najpierw za nim wspomniany fragment książki Hitchinga: 

 

Po to, by oko działało, zajść muszą co najmniej następujące, ściśle ze sobą skoordynowane zdarzenia (dotyczy to także jednoczesnego wystąpienia wielu innych, ale nawet ogromnie uproszczony opis wystarczy, żeby wskazać kłopoty, na które natrafia teoria darwinowska). Oko musi być czyste i wilgotne. W tym stanie utrzymuje je współdziałanie gruczołu łzowego i ruchomych powiek, których rzęsy działają też jako filtr przeciwsłoneczny. Światło przechodzi następnie przez mały przezroczysty fragment zewnętrznej warstwy ochronnej (rogówka), a potem dalej przez soczewkę, która ogniskuje je z tyłu na siatkówce. Tam 130 milionów światłoczułych czopków i pręcików powoduje reakcje fotochemiczne, przekształcające światło w impulsy elektryczne. Około miliarda takich impulsów w nie całkiem zrozumiały sposób przekazywanych jest co sekundę do mózgu, który odpowiednio na to reaguje.

Otóż jest zupełnie oczywiste, że gdyby cokolwiek po drodze było nie w porządku – gdyby rogówka rozproszyła światło, źrenica nie rozszerzyła się, soczewka zmętniała albo nie zogniskowała promieni świetlnych na siatkówce – wówczas nie powstałby żaden rozpoznawalny obraz. Oko albo funkcjonuje jako całość, albo wcale nie działa. Jak w takim razie mogłoby powstać wskutek ewolucji darwinowskiej, dzięki powolnym, nieustannym, nieskończenie małym ulepszeniom? Czy naprawdę można przypuścić, że tysiące i tysiące przypadkowych mutacji szczęśliwie wydarzyło się w taki sposób, że soczewka i siatkówka – niezdolne do funkcjonowania oddzielnie – ewoluowały jednocześnie i synchronicznie? Jaką wartość przystosowawczą ma oko, które nie widzi? (s. 133-134) 

 Wywód ten Dawkins nazwał „zdumiewającym” i skoncentrował swoją krytykę na pierwszym zdaniu po drugim akapicie cytatu. Ludzie mają różne wady wzroku – są krótkowidzami, astygmatykami, daltonistami. Jakiś jednak obraz u nich powstaje, a nawet mętny obraz jest lepszy od braku obrazu! [15] Podobnie nieprawdziwe jest twierdzenie Hitchinga, że soczewka i siatkówka nie są zdolne do oddzielnego funkcjonowania – przekonały się o tym osoby po operacji katarakty. Bez soczewek widzi się bardzo źle, ale jest to lepsze niż nic.

Choć w cytowanym wyżej za Dawkinsem fragmencie książki Hitchinga ten ostatni popełnił istotne błędy wytknięte mu natychmiast niemiłosiernie, to jednak Dawkins nie skomentował i nie skrytykował istoty argumentu Hitchinga. Jest to tzw. argument z nieredukowalnej złożoności (argument from irreducible complexity). Głosi on, że w organizmach biologicznych istnieją takie złożone struktury, których elementy funkcjonują łącznie, albo nie funkcjonują wcale, i które w związku z tym musiały powstać jednocześnie. [16]

Proszę jeszcze raz przyjrzeć się cytatowi z książki Hitchinga. Zwroty, „ściśle ze sobą skoordynowane”, „jednoczesne wystąpienia”, „ewoluowały jednocześnie i synchronicznie” świadczą, że Hitching argumentował na podstawie tzw. nieredukowalnej złożoności. Konkretyzacja ogólnego schematu argumentu z nieredukowalnej złożoności nie zawsze bywa trafna w szczegółach – Hitching dla przykładu błędnie przyjął, że soczewka i siatkówka muszą funkcjonować jednocześnie. Ale wytknięcie przez Dawkinsa błędów pewnej konkretyzacji ogólnego schematu argumentu nie obala jeszcze tego schematu. Żeby go podważyć w całości, należałoby jednak najpierw rozpoznać ten schemat, a następnie pokusić się o uzasadnienie, że nie istnieją biologiczne struktury nieredukowalnie złożone, a przynajmniej (ponieważ z reguły nie powinno się żądać od przeciwnika dowodu na nieistnienie czegoś) wygłosić wyraźne twierdzenie, że takowe nie istnieją i żądać od kreacjonistów ich wskazania (onus probandi w tym przypadku spoczywa na kreacjonistach). Wniosek kreacjonistyczny da się wyprowadzić, jeśli istnieje przynajmniej jedna taka struktura; ewolucjonistyczny – jeśli nie ma ich w ogóle. [17] Doskonale zdawał sobie sprawę z tego stanu rzeczy już Darwin:

 

Gdyby można było wykazać, że istnieje jakikolwiek złożony narząd, który w żaden sposób nie mógł powstać wskutek następstwa wielu drobnych modyfikacji, moja teoria kompletnie by się załamała. (s. 151)

 

 Kreacjoniści w swoich publikacjach przedstawiają sporo przykładów struktur nieredukowalnie złożonych (o jednej z nich będzie jeszcze mowa poniżej). Trzeba jednak przyznać, że dla niespecjalisty w dziedzinie biologii, jakim jest niżej podpisany, przedstawianie oka jako takiej struktury po przeczytaniu krytyki Dawkinsa wydaje się nieprzekonujące (przynajmniej w wersji Hitchinga).

Dlaczego istnienie struktur nieredukowalnie złożonych jest tak mocną podstawą dla rozumowań kreacjonistycznych? Jest tak ze względu na niewielkie prawdopodobieństwo korzystnych mutacji i ze względu na naturę prawdopodobieństwa wydarzeń, które muszą zachodzić jednocześnie. Prawdopodobieństwo jednoczesnego zajścia wydarzeń jest bowiem iloczynem prawdopodobieństw ich zajścia osobnego. Prawdopodobieństwo pojedynczej mutacji wynosi ok. 10-8-10-9 na nukleotyd na jedno pokolenie (od jednej stumilionowej do jednej miliardowej), [18] a prawdopodobieństwo korzystnej pojedynczej mutacji jest jeszcze mniejsze – ocenia się, że 90-95% mutacji ma szkodliwy charakter. Im więcej elementów ma jakaś nieredukowalnie złożona struktura biologiczna, tym mniej prawdopodobne jest ich jednoczesne ewolucyjne pojawienie się. Obliczane prawdopodobieństwa pojawienia się nawet bardzo prostych struktur tego typu wymaga większej ilości czasu, niż dysponują nim ewolucjoniści – nawet przy wielomiliardowej skali czasu.

Dlatego Dawkins musi kwestionować istnienie jakichkolwiek struktur nieredukowalnie złożonych. Czasami, niestety, posuwa się przy tym do obrony jawnie fałszywych twierdzeń. Odrzucając wątpliwość Hitchinga postawioną wcześniej przez Goulda „Jaki mógłby być pożytek z kiepskich jeszcze form wyjściowych do struktur użytecznych? Co daje półszczęka czy też półskrzydło?” [19] tak pisze na temat powstania skrzydła:

 

Są dziś na świecie zwierzęta wspaniale ilustrujące każde stadium tego continuum – latające żaby z błoną między palcami, węże nadrzewne ze spłaszczonym, podtrzymującym je w powietrzu ciałem, jaszczurki z płatami skóry wzdłuż ciała. Są także rozmaite gatunki ssaków latających, wyposażone w błony rozciągnięte między członkami i wskazujące, w jaki sposób powstały nietoperze. Wbrew całej literaturze kreacjonistycznej pospolite są nie tylko zwierzęta „z połową skrzydła”, ale również z jedną czwartą skrzydła, trzema czwartymi i tak dalej. (s. 149) 

 Nie chodzi mi o to, że kilka czy kilkanaście przykładów nie stanowi continuum, jest to właściwa dla eseju popularnonaukowego licentia poetica. Chodzi mi raczej o to, że podane przykłady nie stanowią kolejnych stadiów powstawania skrzydła.

Temat prawdopodobieństwa ewolucyjnego pojawienia się struktur biologicznych wymaga jednak szerszego potraktowania, na które nie ma miejsca w recenzji. [20] Tu chciałem tylko zwrócić uwagę na chwyty propagandowe Dawkinsa, który koncentruje swoją uwagę na nieistotnych elementach krytykowanych przez siebie poglądów sugerując czytelnikowi, że poglądy te obala.

Jeszcze wyraźniej widać to w omówieniu innego przykładu tego samego rodzaju – „artyleryjskiego” wyposażenia chrząszcza kanoniera (s. 144-145). Wg Hitchinga chrząszcz ten produkuje hydrochinon i nadtlenek wodoru, które zmieszane mają wybuchać. Aby taką mieszaninę przechować w swym ciele chrząszcz kanonier dodaje do niej inhibitor chemiczny, a używając jej przeciwko wrogowi dodaje antyinhibitor sprawiający, że mieszanina znów nabiera własności wybuchowych.

Dawkins jednak prostuje informacje podane przez Hitchinga. Mieszanina hydrochinonu i nadtlenku wodoru nie wybucha sama, a dopiero wtedy, gdy doda się do nich katalizator. Wystarcza to, jego zdaniem, do zdyskredytowania i tego argumentu Hitchinga.

Otóż nie jest ważne w argumentacji Hitchinga, czy wspomniana mieszanina wybucha z katalizatorem czy bez niego. Jej istotą jest, jak już pisałem, zwrócenie uwagi na nieredukowalną (zdaniem Hitchinga, sam nie zajmuję stanowiska w tej sprawie) złożoność mechanizmu występującego u chrząszcza kanoniera – mechanizm ten funkcjonuje dopiero wówczas, gdy występują jego wszystkie składniki, a w związku z tym pojawia się pytanie, jak cała ta struktura mogła jednocześnie i synchronicznie ewoluować poprzez setki i tysiące małych kroczków, skoro jest użyteczna dopiero po osiągnięciu pewnego etapu rozwoju. „Co daje półszczęka czy też półskrzydło?”.

Trzeba jednak przyznać, że Dawkins wypowiedział pogląd, jak powstała u chrząszcza kanoniera omawiana struktura:

Przodkowie chrząszcza kanoniera po prostu zmusili związki chemiczne, które i tak już w ich ciele występowały, do pełnienia nowej funkcji. (s. 145) 

 Po prostu zmusili! A Szarski pisał, że Dawkins „Nie oszczędza miejsca, lecz wyjaśnia każde zagadnienie szeroko i przystępnie, bez skoków myślowych”. [21] Teraz już przynajmniej wiadomo, co dla Szarskiego znaczy nieoszczędzanie miejsca, wyjaśnianie szerokie i bez skoków myślowych.

 

                                                      Małe kroczki ewolucji czy duże skoki… wyobraźni? 

 

 Dawkins jest neodarwinistą. Żarliwie przekonuje czytelnika, że obiekty złożone są efektem „stopniowej i krok po kroku narastającej transformacji obiektów prostszych, poczynając od obiektów tak prostych, że mogły powstać przypadkiem” (s. 40; por. też s. 81). Stale wspomina o serii małych kroków, które dysponując odpowiednio wielkimi przedziałami czasu mogły doprowadzić do pojawienia się najfantastyczniejszych rodzajów życia. Dawkins poświęca wiele miejsca, by myśl tę zakorzenić w umyśle czytelnika. Stworzył nawet program komputerowy przekształcający w sposób losowy proste rysuneczki w dużo bardziej skomplikowane.

Powstanie od razu skomplikowanych struktur biologicznych jest – Dawkins przyznaje – praktycznie niemożliwe. Ale nie ma potrzeby postulowania czegoś takiego. Ewolucja gradualistyczna (postępująca seriami małych kroczków), w trakcie której działa dobór kumulatywny, wymaga procesów, których prawdopodobieństwo mieści się w rozsądnych i możliwych do przyjęcia granicach.

Uważny czytelnik spostrzeże jednak, że niemal wszystkie rozważania Dawkinsa prowadzone są w sferze imaginacji. Wiąże się to chyba z zadaniem, jakie Dawkins sobie postawił – obaleniem jedynego świadomie analizowanego w książce argumentu kreacjonistycznego, który nazwał on Dowodem na Podstawie Niedowierzania. [22] Dowód ten znajduje swoje źródło w możliwościach (czy raczej: niemożliwościach) wyobrażenia sobie procesu ewolucyjnego. Analizując jeden rozdział książki The Probability of God napisanej przez anglikańskiego biskupa Birmingham, Hugh Montefiore, [23] Dawkins wyizolował następujący zestaw zwrotów charakterystycznych dla wspomnianego dowodu:

 

… wydaje się, że nie ma to wyjaśnienia darwinowskiego. …Nie jest to łatwiejsze do wyjaśnienia… Trudno zrozumieć… Niełatwo jest zrozumieć… Równie trudno wyjaśnić… Wydaje mi się to trudne do pojęcia… Niełatwo mi dostrzec… Trudno mi zrozumieć… Nie wydaje się, by można to było wyjaśnić… Nie wiem, w jaki sposób… Neodarwinizm nie może, jak się zdaje, wyjaśnić wielu komplikacji zachowania się zwierząt… Niełatwo jest sobie wyobrazić, w jaki sposób takie zachowania mogłyby powstać w drodze ewolucji wskutek działania samego tylko doboru naturalnego… To niemożliwe… Jak mógłby powstać w drodze ewolucji organ tak skomplikowany? …Niełatwo jest dostrzec… Trudno sobie wyobrazić… (s. 74-75). 

 Skoro głównym orężem kreacjonisty – zdaje się sądzić Dawkins – jest niemoc wyobraźni, to należy zrobić wszystko, by wyobraźnię tę wspomóc. Trzeba przyznać, robi to dobrze. Po przeczytaniu książki czytelnik nie ma już wątpliwości, że ewolucja postępująca małymi krokami przez setki milionów lat mogła doprowadzić do niezwykłej różnorodności świata ożywionego. Dawkins skutecznie przezwycięża opór wyobraźni czytelnika. [24] Tak rzeczywiście mogło być. Ale czy tak rzeczywiście było? Czy do zaakceptowania teorii ewolucji wystarczy pokonać niedostatki wyobraźni?

Jak już wspomniałem, rozważania Dawkinsa prawie wyłącznie prowadzone są w sferze imaginacji. W całej książce trudno znaleźć jakieś fakty potwierdzające jego ewolucjonistyczne przekonania. Cały swój wysiłek koncentruje on na przekonaniu czytelnika, że proces ewolucyjny jest wiarygodny, że nie należy go odrzucać ufając swojej intuicji. Po przeczytaniu książki czytelnik znajduje się pod przemożnym urokiem wizji ewolucji, która w trakcie milionów lat poprzez niedostrzegalne zmiany stopniowo doprowadziła do pojawienia się, ale też i do wymarcia, olbrzymiej różnorodności życia. Niewielkie mutacje prowadziły albo do lepszego przystosowania się do istniejącego środowiska i były preferowane, utrwalane przez dobór naturalny, albo – co było znacznie bardziej prawdopodobne – prowadziły do gorszego przystosowania i przez ten sam dobór były eliminowane, nie biorąc udziału „w dalszej grze”.

Trzeba pamiętać, że im większa mutacja, tym mniej prawdopodobne, że jest ona dobroczynna dla organizmu. Nie wystarczy bowiem zmiana tylko w jakiejś jednej części organizmu. Można to zilustrować na przykładzie zmiany silnika samolotu z tłokowego na odrzutowy. Nie wystarczy zmienić silnik, trzeba przemodelować cały samolot tak, by pozostałe części samolotu pasowały do możliwości nowego silnika. Im większa mutacja, tym bardziej jest prawdopodobne, że nie będzie ona pasowała do dotychczasowej struktury lub funkcjonowania organizmu. Dlatego neodarwiniści postulują postęp ewolucyjny poprzez mutacje prowadzące do niewielkich efektów.

Neodarwiniści rozwinęli do perfekcji swoje sposoby perswazji. Czy jednak wystarczy sama możliwość wyobrażenia sobie, jak postępowała ewolucja? Choć XX-wieczna filozofia nauki wiele zrobiła pomniejszając rangę i wagę faktów w nauce, to jednak przynajmniej dla samych uczonych fakty są jeszcze ważne jako potwierdzenie teoretycznych rozważań.

H. Allen Orr z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Davis oraz Jerry A. Coyne z Uniwersytetu Chicagowskiego dokonali przeglądu literatury na temat genetyki adaptacji i z zaskoczeniem odkryli, że neodarwinowskie ujęcie oparte na małych mutacjach jest słabo poparte przez znane fakty, [25] że istnieje zaskakująco mało badań genetycznych nad adaptacją. [26] Orr i Coyne nie są kreacjonistami:
Dochodzimy do nieoczekiwanego wniosku, że poparcie empiryczne dla ujęcia neodarwinowskiego jest niewielkie: jego podstawy teoretyczne i świadectwo eksperymentalne popierające je są słabe. Nie ma wątpliwości, że mutacje prowadzące do wielkich efektów są czasami istotne w adaptacji. [27]
Ale zdaniem Dawkinsa:

 Teoria ewolucji w drodze kumulatywnego doboru naturalnego to jedyna znana dzisiaj teoria zdolna do wyjaśnienia powstania uporządkowanej złożoności organizmów. Nawet gdyby nie było danych na jej poparcie, to i tak byłaby to najlepsza dostępna nam teoria! W rzeczywistości jednak obserwacje teorię tę potwierdzają. (s. 492)

Szkoda tylko, że obserwacji tych nie omówił w swojej książce. Znajduje się tam natomiast sporo pomysłowego bagatelizowania i „odtłumaczania” faktów niezgodnych z jego wersją teorii ewolucji: tego, że chemikom nie udało się stworzyć życia w laboratorium (s. 264), znajdowania hemoglobiny także u roślin motylkowych (s. 277), braku form przejściowych w zapisie kopalnym (s. 358), nagłego pojawienia się różnorodnych form życia w warstwach kambryjskich (s. 359) itd. Niżej podpisany nie pretenduje do kompetencji w sprawach biologicznych i może jedynie rozłożyć ręce widząc cytowaną wyżej fundamentalną rozbieżność wypowiedzi samych biologów. Ale dla celu tego omówienia – metodologicznej analizy książki Dawkinsa – spostrzeżenie Orra i Coyne’a jest niezwykle cenne. Pozwala bowiem zrozumieć, dlaczego Ślepy zegarmistrz jest tak przeideologizowaną książką (o czym niżej) – brak argumentów faktualnych zmusza do sięgnięcia po argumenty innej natury.

 

                                                                             Wnioskowanie o projekcie

 

 Rozumowanie, w którym wnioskiem jest stwierdzenie projektu, należy do najpopularniejszych w repertuarze argumentów kreacjonistycznych. Istnieje problem, jakie fakty przyrodnicze mogą stanowić punkt wyjścia zasadnego wnioskowania o projekcie. Dla osiemnastowiecznego przedstawiciela teologii naturalnej, [28] Williama Paleya, były nimi wszystkie niezwykle skomplikowane struktury biologiczne spotykane w świecie. Podstawą wniosku o projekcie dla Paleya była niewiara, by tak skomplikowane twory „same” powstały bez ingerencji rozumnego czynnika. Teoretycy ewolucji, począwszy od Darwina, poświęcili wiele czasu, by tę intuicyjną niewiarę zlikwidować, by usunąć – jak go Dawkins nazywa – Dowód na Podstawie Niedowierzania. [29] Wysiłki te są na tyle skuteczne, że należy uznać stosowanie Dowodu na Podstawie (Intuicyjnego) Niedowierzania, [30] z którym walczył Dawkins, za nietrafne. Jeśli kreacjoniści chcą utrzymać swoje tezy, muszą próbować formułować Dowód na Podstawie Wyrafinowanego Niedowierzania. Nie wystarczy stwierdzić, że nie wiemy, jak zjawisko X pojawiło się na świecie. Żeby uzasadnić tezę kreacjonizmu trzeba zrobić coś więcej – uzasadnić przekonanie, że bez rozumnego czynnika zjawisko X nie mogło się pojawić. Sama niewiedza nie może być podstawą pozytywnego wniosku. Argument typu „God of the gaps” („Bóg przejawia się w lukach wiedzy”) jest słabym argumentem.

Rozumowanie odwołujące się do Wyrafinowanego Niedowierzania musi mieć charakter dowodu pośredniego. Amerykański myśliciel, Henry David Thoreau (1817-1862), dał kiedyś przykład takiego dowodu pośredniego, który może być dla kreacjonistów bardzo pouczający. Jeśli znajdziemy pstrąga w kance z mlekiem, to rozsądne jest uznać, że ktoś o dziwnym poczuciu humoru lub o niekonwencjonalnych poglądach na temat przechowywania ryb jest przyczyną zaobserwowanego zjawiska. Dlaczego jest to rozsądny wniosek? Dlatego, że cała nasza wiedza o rzeczywistości wyklucza, by pstrągi w naturalny sposób, bez pomocy czynnika inteligentnego, przebywały w kance z mlekiem.

Należy odróżnić dwa rodzaje niewiedzy. Z pierwszym mamy do czynienia wówczas, gdy zjawisko X stale się pojawia w warunkach Y, nie znamy tylko mechanizmu tego pojawiania się. Tego typu niewiedza nie może być podstawą wniosku o projekcie, wniosku o tym, że przyczyną pojawiania się X-a jest Bóg (czy jakakolwiek inteligencja).

Istnieje jednak też inny rodzaj niewiedzy – typu Pstrąg w Mleku. Cała nasza wiedza o rzeczywistości niezgodna jest z faktem znalezienia pstrąga w mleku. Innym przykładem może być znalezienie resztek dawnych budowli w trakcie wykopalisk archeologicznych na pustyni lub przypadkowo napotkanych w dżungli. To, co wiemy o pustyniach i o dżunglach, nie pozwala nam przypuszczać, by resztki budowli były tworami powstałymi w sposób naturalny, bez udziału inteligentnej przyczyny. Ogólnie mówiąc podstawą dla wniosku o rozumnym projekcie może być sytuacja, że istnieje zjawisko przyrodnicze X, ale nie można go odtworzyć w naturalnych dla niego warunkach, tj. bez ingerencji rozumnego czynnika. Ta niemożliwość odtworzenia zjawiska X jest uzasadnieniem, że nie istnieje naturalistyczne wyjaśnienie dla jego pojawienia się.

W sytuacji, kiedy uzasadniliśmy niemożliwość naturalistycznego wyjaśnienia jakiegoś zjawiska, możemy mówić o Dowodzie na Podstawie Wyrafinowanego Niedowierzania lub prościej i żartobliwie: o Argumencie Typu Pstrąg w Mleku.

Często w nauce wnioskuje się o tym, że konieczną przyczyną zjawisk lub wydarzeń było nakierowane na cel inteligentne działanie. Wnioski takie nie są specjalnością kreacjonistów. Dochodzi się do nich w historii, archeologii, psychologii lub socjologii. Kreacjoniści proponują, by w dobrze uzasadnionych przypadkach stosować je także w biologii oraz w kosmologii.

W naukach przyrodniczych Argument Typu Pstrąg w Mleku stosują nie tylko kreacjoniści. Jego zasady są używane na przykład podczas poszukiwań inteligencji pozaziemskich (SETI – search for extraterrestrial intelligence). Jeszcze innym przykładem jest zdemaskowanie oszustwa z Piltdown.

W problematyce pochodzenia życia spotykamy się z analogiczną sytuacją. W eksperymentach symulujących powstawanie „cegiełek” życia – aminokwasów i cukrów – otrzymujemy mieszanki racemiczne, tj. praktycznie 50% prawoskrętnych i 50% lewoskrętnych. [31] Ale organizmy żywe używają jedynie lewoskrętnych aminokwasów do budowania białek i jedynie prawoskrętnych cukrów do nukleotydów (genów). Stanowi to ewolucyjną zagadkę, „jak układy ewoluujące dostrzegły jakąkolwiek różnicę między formami prawo- i lewoskrętnymi”, gdyż „zwykle reakcje chemiczne są niewrażliwe na tę cechę”. [32] Nie jest znany żaden naturalny mechanizm rozróżniania form prawo- i lewoskrętnych w warunkach prebiotycznych. Przypadek ten to nie proste odwołanie się do niewiedzy, by wnioskować o inteligencji, która mogła oddzielić składniki biomolekularne podczas powstania życia. Jest to raczej Dowód na Podstawie Wyrafinowanego Niedowierzania (Argument Typu Pstrąg w Mleku), gdyż przeprowadzono dziesiątki, jeśli nie setki eksperymentów, w trakcie których powstawały jedynie mieszanki racemiczne. Nie ma podstaw, by sądzić, że dalsze mnożenie tego typu eksperymentów cokolwiek zmieni, [33] choć – oczywiście – całkowitej pewności nie ma.

Uzasadnienie, iż nie może istnieć naturalistyczne wyjaśnienie zjawiska stanowiącego podstawę wniosku o projekcie, jak wszystko w nauce ma niepewny charakter. [34] Ta omylność nie podważa jednak metodologicznej zasadności stosowania wspomnianego typu wnioskowania.

                                                                       Argument z niedoskonałości

 

 Trzeba tu zaznaczyć, że także i ewolucjoniści często wnioskują na podstawie niewiedzy. Argumenty antykreacjonistyczne wskazujące na niedoskonałość stworzenia (argument from imperfection) – „gdyby życie było tworem Boga, to nie istniałyby organy szczątkowe”, „… śmieciowe DNA” itp. – mają właśnie taki charakter: ponieważ nie wiemy, do czego służy jakiś organ (fragment DNA itp.), uważamy, że jest on bezużyteczną pozostałością ewolucji. [35]

Argument z niedoskonałości wymyślił Darwin odpowiadając na argumenty Paleya. Twierdził on, że przyroda ujawnia wiele dziwnych, nieoptymalnych i niedoskonałych projektów, jakiego nie wymyśliłby zdolny projektant. Do ulubionych przykładów Darwina należały struktury służące do rozmnażania storczyków i płetwy wielorybów z kośćmi podobnymi do palców, co wskazuje na lądowych przodków. Wszystkich takich struktur należy oczekiwać od ewolucji, która modyfikuje dostępne struktury, by ich bezpośrednio użyć i nie przewiduje przyszłych potrzeb.

 Argumentu z niedoskonałości szeroko używał Stephen Jay Gould, [36] nazywając go „zasadą pandy”, ale nie tylko on. [37] Dawkins daje dwa przykłady niedoskonałości świadczące jego zdaniem przeciwko istnieniu Projektanta (s. 152-157).

Pierwszy dotyczy płaskiego kształtu ciała ryb żyjących tuż przy dnie morza. Wyróżnia się tu dwa typy rozwiązań. Jeden „praktykują” płaszczki: ich ciało rozrosło się na boki, jest nadal symetryczne i ułożone grzbietem do góry. Inne rozwiązanie zastosowały płastugi, flądry, halibuty i ich krewniaki – są spłaszczone bocznie. Dawkins tak konkluduje analizę tego przykładu: 

 

 Czaszka płaskich ryb kostnoszkieletowych stanowi skręcone i zniekształcone świadectwo ich ewolucji. Jej niedoskonałość bardzo dobrze odzwierciedla ich dawne dzieje, historię stopniowych zmian, a nie przemyślanego projektu. Żaden rozsądny projektant nie wymyśliłby takiego potwora, gdyby dać mu pełną swobodę tworzenia płaskiej ryby na czystej rysownicy. Podejrzewam, że większość projektantów wymyśliłaby coś w rodzaju płaszczki. (s. 153)

 Jednak ta argumentacja jako wymierzona przeciwko kreacjonistom jest chybiona. Wspominałem już, że ci ostatni nie kwestionują istnienia zmienności biologicznej, tylko ograniczają ją do zmian wewnątrz stworzonych typów (rozumiejąc te ostatnie szerzej niż gatunki). Akceptują oni także istnienie mutacji i doboru naturalnego twierdząc nawet, że koncepcja doboru naturalnego została wymyślona przez kreacjonistę Edwarda Blytha jeszcze przed Darwinem, bo w 1835 roku. [38] W ich ujęciu dobór naturalny jest odpowiedzialny za obserwowaną zmienność wewnątrzgatunkową dostosowującą stworzone typy do rozmaitych środowisk. Negują „jedynie” rolę doboru jako czynnika sprawczego makroewolucji, powstawania nowych gatunków poprzez ekspansję puli genetycznej. Dodatek „poprzez ekspansję puli genetycznej” jest istotny, gdyż kreacjoniści akceptują nawet powstawanie nowych gatunków (odmian jakiegoś gatunku, które już się nie krzyżują), o ile gatunki te powstały wskutek redukcji oryginalnej puli genetycznej. [39] Kreacjoniści krytykują więc teorię doboru naturalnego, ale nie jako takiego, lecz jako – rzekomego ich zdaniem – czynnika makroewolucji.

Drugi przykład niedoskonałego projektu dotyczy budowy oka ludzkiego (i wszystkich innych kręgowców):

 

Każdy inżynier zakładałby naturalnie, że komórki światłoczułe są skierowane do światła, a ich przewody biegną do tyłu, w stronę mózgu. Wyśmiałby pomysł, że komórki światłoczułe są odwrócone od światła, a ich przewody wyprowadzone są po stronie najbliższej źródła światła. A jednak tak właśnie jest skonstruowana siatkówka oka u każdego kręgowca. W konsekwencji – każda komórka światłoczuła jest podłączona tyłem do przodu, a jej przewód sterczy w stronę światła. Wszystkie przewody biegną po powierzchni siatkówki aż do miejsca, gdzie przechodzą przez dziurkę w siatkówce (tzw. plamka ślepa), żeby połączyć się ze sobą w nerw wzrokowy. Oznacza to, że światło wcale nie ma swobodnego dostępu do komórek światłoczułych i musi przechodzić przez cały las drutów, prawdopodobnie ulegając przy tym pewnemu osłabieniu i załamaniu (w gruncie rzeczy te efekty są, jak się wydaje, słabe, ale chodzi tu przecież o zasadę, która byłaby nie do przyjęcia dla żadnego porządnego inżyniera). (s. 155)
Oczy ośmiornicy są bardzo podobne do ludzkich, tyle że przewody wychodzące z komórek światłoczułych nie są skierowane w stronę światła, jak to jest u człowieka. Pod tym względem oczy ośmiornicy skonstruowane są rozsądniej od naszych. (s. 157) [40] 

 Ludzkie oko odbiera światło o długości od 400 do 700 nanometrów. Gdyby było „rozsądniej” zbudowane, to do komórek światłoczułych docierałoby promieniowanie ultrafioletowe, które obecnie ulega rozproszeniu „przechodząc przez cały las drutów”. Oczy bezkręgowców odbierają promieniowanie o długości nawet 300 nanometrów, muszą więc być inaczej zbudowane. Oczy ośmiornic i kałamarnic ze względu na środowisko życia muszą być tak zbudowane, by odbierać całe dostępne światło. [41] W literaturze biologicznej istnieją opisy funkcji spełnianych lepiej przez „niedoskonały projekt” ludzkiego oka. [42] W literaturze filozoficznej zaś zauważa się, że nie ma powodu, by Bóg „musiał” stwarzać doskonałe organizmy biologiczne. [43]

 

                                                                               Ewolucjonizm jako narzędzie walki z religią

 

  Celem książki Dawkinsa jest wniosek, do którego doszedł polski recenzent: „Po zapoznaniu się z tą książką nikt rozsądny nie będzie dowodził istnienia boskiego planu stworzenia opierając się na danych anatomii porównawczej”. [44] Warto zwrócić uwagę na zwrot „nikt rozsądny”. Sam Dawkins wypowiedział się jeszcze ostrzej: „Jest absolutnie bezpieczne powiedzieć, że jeśli spotkasz kogoś, kto twierdzi, że nie wierzy w ewolucję, to osoba ta jest nieukiem, głupcem lub chora umysłowo”. [45]

Bezpośrednim przeciwnikiem Dawkinsa są kreacjoniści,

Z punktu widzenia Darwina cała wartość teorii ewolucji w drodze doboru naturalnego polega właśnie na tym, że dostarcza ona nie-cudownego wyjaśnienia, w jaki sposób powstają złożone przystosowania organizmów. (s. 390)

 ale pewne fragmenty jego książki wskazują, że jego wrogiem są nie tylko fundamentaliści, ale religia jako taka, a zwłaszcza chrześcijaństwo. [46] Krytykuje nie tylko zwolenników tzw. specjalnych aktów stwórczych, ale także tych, którzy przyjąwszy ewolucjonizm starają się „wprowadzić Boga tylnymi drzwiami” (s. 491). Przeciw teistycznym ewolucjonistom wytacza argument, że w ich ujęciu Bóg jawi się jako gigantyczny oszust, gdyż „dba o to, by Jego interwencje zawsze przypominały działania, jakich można by się spodziewać po ewolucji wskutek doboru naturalnego” (s. 491), a także to, że przekonania takie są zbędne, skoro wszystko da się wyjaśnić naturalistycznie (zastosowanie brzytwy Ockhama – Bóg w schemacie teistycznego ewolucjonizmu jest bytem ponad konieczność).

Trudno odmówić racji tej ostatniej krytyce. Rzeczywiście, wydaje się, że pełna naturalistyczna akceptacja rzeczywistości, a taką właśnie proponują teistyczni ewolucjoniści, jest nie do pogodzenia z istotą wierzeń chrześcijańskich. Można wierzyć w Boga i naturalistycznie wyjaśniać pochodzenia życia, poszczególnych gatunków i człowieka, ale czy pozostając chrześcijaninem można wyjaśniać takie wydarzenia jak dziewicze poczęcie, rozmnożenie chleba, zmartwychwstanie, wniebowstąpienie i wiele innych opisanych w Nowym Testamencie? Nie ma jakościowej różnicy między wykluczaniem wyjaśnień naturalistycznych w zastosowaniu do wspomnianych wydarzeń opisanych w Nowym Testamencie, a wykluczaniem ich także w zastosowaniu do niektórych wydarzeń ze Starego Testamentu, zwłaszcza z pierwszych rozdziałów Księgi Rodzaju. Jest to tylko różnica ilościowa.

Dawkins jest więc wrogiem chrześcijaństwa zarówno w jego wersji fundamentalistycznej (kreacjonistycznej), jak i liberalnej (teistycznego ewolucjonizmu). Oburza się na przykład tym, że usuwanie ciąży (którą nazywa „aborcją ludzkiej zygoty”) wzbudza więcej niepokoju moralnego niż używanie do doświadczeń laboratoryjnych dużej liczby dorosłych i inteligentnych szympansów. Nazywa to „stosowaniem podwójnych standardów”, a przyczynę znajduje w „szowinizmie gatunkowym naszej zainspirowanej chrześcijaństwem moralności” (s. 409).

Dawkins ma swoje zdanie na temat wartości opisu stworzenia świata w Księdze Rodzaju:

 

Niemal wszystkie ludy mają swoje mity o stworzeniu świata, a historia opisana w Genesis wyróżnia się tylko tym, że została przyjęta przez pewne szczególne plemię pasterzy na Bliskim Wschodzie. Jej status nie odbiega specjalnie od przekonań pewnego zachodnioafrykańskiego plemienia, które wierzy, że świat stworzony został z odchodów mrówek. (s. 490) 

 Swój stosunek do religii Dawkins opiera na teorii ewolucji i ujmuje ją w kategoriach wojny: „cywilizacja jest w stanie wojny. Jest to wojna z religijną bigoterią”. [47] Ludzi wierzących uważa za zainfekowanych czymś analogicznym do wirusa komputerowego. Gdyby jeszcze każdy pogląd uznał za analogon wirusów komputerowych, to mielibyśmy ciekawą odmianę znanej w filozofii nauki tezy o uteoretyzowaniu obserwacji. Ale tak nie jest. To tylko religia jest „wirusem umysłu”, „skutecznym pasożytem umysłu”. Nauka (a więc i teoria ewolucji) nie jest wirusem, tak jak nie wszystkie programy komputerowe są wirusami. [48]

Swoją książką Dawkins dołączył do sporej liczby tych ewolucjonistów, którzy w ewolucjonizmie widzą ideologię jakiejś przyszłej postchrześcijańskiej cywilizacji. Poglądy prezentowane w Ślepym zegarmistrzu nie są tylko jego prywatną filozofią. W 1990 roku Dawkins otrzymał Nagrodę Michaela Faradaya przyznaną przez Brytyjskie Towarzystwo Królewskie za „zwiększenie publicznego rozumienia nauki”, a w 1992 roku przeprowadził w BBC serię wykładów dla młodzieży, argumentując za tym samym naturalistycznym obrazem świata, jaki przedstawił w Ślepym zegarmistrzu. Zauważa się, że podobnie jak jego amerykański odpowiednik, Carl Sagan, który w 1994 roku otrzymał Public Welfare Medal z Narodowej Akademii Nauk za swój wkład do edukacji publicznej, Dawkins promuje metafizyczny naturalizm przy całkowitym poparciu elity naukowej. [49]

 

                                                                                            Podsumowanie

 

 Ślepy zegarmistrz Dawkinsa jest krytyką kreacjonistów. Jednak ich idee przedstawia nierzetelnie: niedokładnie i fałszywie. Poza najprostszym i najsłabszym Argumentem na Podstawie Niedowierzania nie krytykuje żadnego argumentu swoich adwersarzy. Nie wydaje się, by autor tej książki studiował jakieś kreacjonistyczne publikacje, [50] co samo w sobie nie jest, oczywiście, niczym złym, ale jeśli się pisze grubą książkę krytykującą kreacjonizm, to chyba jest to przesadna nonszalancja. Dawkins ani razu nie zacytował żadnego współczesnego kreacjonisty, a dwaj autorzy, których krytykuje jakby posiadali poglądy kreacjonistyczne, w istocie są ewolucjonistami (Hitching i bp Montefiore). Dawkins najwyraźniej uważa, że wystarczy dobrze znać ewolucjonizm, by móc krytykować wszystkie inne alternatywne koncepcje. Jak to zwykle bywa z ludźmi zaangażowanymi głęboko w jedną sprawę, ewolucjonizm staje się dla niego nie tylko jedynym stanowiskiem naukowym, ale także dostarcza ogólnego widzenia świata, sensu życia i miejsca człowieka w świecie. Ewolucjonizm jest dla niego ideologią, quasi-religią, a on sam jest kimś w rodzaju arcykapłana tej niby-religii.

Omawiana książka należy do niewielkiego grona tych książek, które są zarazem niezwykle ważne i bardzo złe. Jest ona niezwykle ważna, gdyż poglądy prezentowane przez Dawkinsa są atrakcyjne dla coraz szerszych kręgów ludzi kształtując ich widzenie świata. Jest bardzo zła, gdyż ewolucjonizm jest traktowany przez Dawkinsa instrumentalnie, jest środkiem realizacji pewnego pozanaukowego celu – walki z religią, a zwłaszcza z religią chrześcijańską. Jest ona zła także dlatego, że jej autor przystąpił do rozprawy z przeciwnikiem, którego poglądów nie zna, i stosuje raczej nierzetelne techniki propagandowe niż racjonalną argumentację.

___________________________________________________________

 [1] Tekst ten jest recenzją książki Richarda Dawkinsa, jaką opublikowałem w Rocznikach Filozoficznych 1995, t. 43, z. 3, s. 195-212.

[2] Dawkins, Ślepy zegarmistrz…

[3] Wydanie polskie: Richard Dawkins, Samolubny gen, Prószyński i S-ka, Warszawa 1996.

[4] Polskie wydanie: Richard Dawkins, Rzeka genów, Science Masters, Wydawnictwo CIS, Warszawa 1995.

[5] Paweł Michalak, Ślepy zegarmistrz…, Świat Nauki Lipiec 1994, nr 7 (35), s. 92.

[6] Henryk Szarski, Obrona teorii ewolucji, Znak Styczeń (1) 1991, s. 100 [100-103].

[7] Opinia Antoniego Hoffmana, tłumacza książki Dawkinsa i wybitnego polskiego ewolucjonisty (Wstęp, w: Dawkins, Ślepy zegarmistrz…, s. 9 [5-10]).

[8] Tak cytować będę recenzowaną książkę.

[9] Por. Stephen Jay Gould, Niewczesny pogrzeb Darwina. Wybór esejów, Biblioteka Myśli Współczesnej, PIW, Warszawa 1991, s. 192; Theodosius Dobzhansky, Francisco Ayala, G. Stebbins, and J. Valentine, Evolution, W.H. Freeman, San Francisco 1977. Jeśli chodzi o literaturę kreacjonistyczną, to por. na przykład Mieczysław Pajewski, Stworzenie czy ewolucja?, Wydawnictwo „Duch Czasów” 1992, s. 61, 92 oraz Henry M. Morris and Gary E. Parker, What Is Creation Science?, Master Book Publishers, San Diego 1982 (third printing 1984), s. 50, 74-76; Paul A. Bartz, Różnorodność świata ożywionego z kreacjonistycznego punktu widzenia, Na Początku… 1996, nr 11 (79), s. 294-298.

[10] Krzanowska, Łomnicki, Rafiński, Szarski, Szymura, Zarys mechanizmów…, s. 149. Podobny zarzut stawia Dawkinsowi kreacjonista Hugh Ross:

Dawkins „używa analogii małpy, która na oślep uderza w klawiaturę maszyny do pisania. Wiemy, że prawdopodobieństwo, by ta małpa napisała jakieś sensowne zdanie waląc na oślep w klawisze, jest bardzo niewielkie. Jednak prawdopodobieństwo to zmienia się, jeśli mówimy tylko o jednej literze na raz. Małpa ma w takiej sytuacji dobrą szansę – nie tak dobrą jak 1/26, gdyż istnieją jeszcze klawisze numeryczne i klawisze symboli oraz może powtarzać błędne uderzenia w niewłaściwe klawisze, ale przypuszczalnie ok. 1/100, by uzyskać poprawną pierwszą literę (zwłaszcza jeśli porzucimy zasady pisania dużych liter) we względnie krótkim okresie czasu. Pracowita małpa może wygenerować tę literę zaledwie w kilka minut.

Otóż gdyby można było zachować tę pierwszą literę, to małpa mogłaby wówczas zacząć pracę nad drugą literą. Zaledwie w ciągu kilku dalszych minut małpa ta powinna w przypadkowy sposób wygenerować poprawną drugą literę. Gdyby tę literę można było także zachować, małpa mogłaby wtedy zacząć pracować nad trzecią literą. W ten sposób małpa potrzebuje jedynie uderzać w klawisze maszyny do pisania zaledwie przez kilka godzin lub dni, zanim wyprodukuje jakieś sensowne zdanie. Według Dawkinsa mutacje pełnią rolę tej pracowitej małpy, a czynnikiem zachowującym jest dobór naturalny.

Czy widzicie błąd w tej analogii? To, czy dana litera ma „prawidłowe” znaczenie w zdaniu, staje się jasne tylko obserwatorowi, który z góry wie, co zdanie to ma powiedzieć, albo temu, kto wie, z czego się składa zdanie. W każdym z tych przypadków obserwator musi znać alfabet maszyny do pisania oraz język, który ta małpa przypadkowo wybiera. Jeśli obserwator nie przewiduje, jakie słowa jakieś zdanie lub pożądane zdanie zawiera, nie ma żadnych podstaw, by określić, które przypadkowe wybory małpy należy zachować, a które można zlekceważyć. Ktoś o większej inteligencji niż małpa i o wiedzy na temat, czym jest sensowne zdanie, naprawdę dokonuje wyboru – albo musi dać małpie wzorzec do naśladowania i wyćwiczyć ją w jego realizowaniu. Inaczej można oczekiwać jedynie nonsensownych zbitek liter.

Następnym problemem tej analogii jest to, że małpa posiada pewien stopień zdolności intelektualnych. Ma ona mózg, centralny układ nerwowy oraz strukturę muskularno-szkieletową, przy pomocy których może rozumować i reagować. „Dobór naturalny” oznacza proces, a nie żywą istotę. Proces przyrodniczy nie ma żadnej aparatury, przy pomocy której może myśleć, dokonywać wyboru lub działać. Nie widzę więc żadnej podstawy, by przyznawać doborowi naturalnemu te olbrzymie osiągnięcia, jakie są konieczne by skonstruować choćby najprostszą cegiełkę (małe słowo) najprostszego żywego organizmu (długiego i skomplikowanego zdania). Jedynie rozumny przewodnik, mający w umyśle końcowy rezultat, mógłby określić, które składniki należy zatrzymać, a które wymienić dla dobra jakiegoś złożonego układu. (Hugh Ross, Impediments to the Ascent of Mount Improbable, Facts & Faith 1997, vol. 11, No. 1, s. 12-13).

Krytyka ta nie wydaje się przekonująca. Hugh Ross zakłada, że zdaniem Dawkinsa dopiero dłuższe „zdanie” (zbiór mutacji) ma sens, a wówczas musi istnieć jakiś inteligentny obserwator, który mając w umyśle to „zdanie” może odpowiednio zachowywać lub odrzucać przypadkowo otrzymane „litery” (pojedyncze mutacje). Gdyby to założenie było prawdziwe, krytyka Hugh Rossa byłaby od początku do końca słuszna. Niestety, założenie to prawdziwe nie jest. W opinii Dawkinsa „zdaniem” jest każdorazowy, początkowo krótszy, potem dłuższy, zestaw „liter”. „Małpa” (czyli źródło mutacji) nie musi wystukać wielu poprawnych „liter” (mutacji), by mógł działać dobór naturalny. On działa po dodaniu każdej „litery”.

W sposób prezentowany przez Hugh Rossa rozumowania Dawkinsa podważyć nie można. Można natomiast stawiać pytanie, jak często zachodzą mutacje, jaki procent spośród nich ma korzystny charakter i czy przejście od jednego gatunku do drugiego (czy od jednego stworzonego typu, baraminu, do drugiego) może zajść drogą tysięcy niewielkich kroczków. Niektóre rozważania (w tym samych ewolucjonistów) wskazują, że do tego celu potrzebne są wielostronne, wieloaspektowe wzajemnie powiązane zespoły jednoczesnych mutacji (makromutacje czyli właśnie „zdania”, o których pisał Hugh Ross w swojej krytyce). Na taką potrzebę wskazują również pewne cechy kodu genetycznego, np. plejotropia (wpływ jednego genu na wiele cech, ale i zależność jednej cechy od wielu genów). Jeśli krytyka Rossa ma być przekonująca, trzeba zakwestionować jedno z podstawowych założeń Dawkinsa – gradualizm.

[11] Kreacjoniści używają biblijnego terminu „rodzaj” zastrzegając się jednak, że nie jest on tożsamy znaczeniowo i zakresowo z tym samym terminem znanym ze współczesnej biologii. Niektórzy z nich używają terminu „typ”, a jeszcze inni – by ustrzec się nieporozumień – wprowadzają odrębny termin „baramin” pochodzący z połączenia dwu hebrajskich słów występujących w Księdze Rodzaju (bara – stworzony oraz min – rodzaj). Termin „baramin” został ukuty przez Franka L. Marsha (Life, Man, and Time, Pacific Press Publishing Association, Mountain View, California 1957, s. 118 oraz Variation and Fixity in Nature, Pacific Press Publishing Association, Mountain View, California 1976, s. 36-37).

[12] Ten błąd logicy nazywają ignoratio elenchi czyli nieznajomość tezy dowodzonej. Dawkins każdy, nawet niewielki, rodzaj ukierunkowanej zmiany nazywa ewolucją (s. 214).

[13] Niektórzy kreacjoniści jednak podobnie bez uzasadnienia (chyba że za uzasadnienie przyjmiemy brak wyobraźni) argumentują, że ten gatunek storczyków jest rezultatem stwórczej aktywności Boga: „Jak to możliwe, iż niezdolne do myślenia orchidee potrafią swym zapachem i wyglądem omamić pszczoły? Takie nadzwyczajne rozwiązania świadczą o istnieniu inteligentnego Projektanta, którego dzieło stwórcze niezmiennie zadziwia i fascynuje” (Kiedy pszczoła nie jest pszczołą?, Przebudźcie Się! 8 grudnia 1997, nr 23, s. 31).

[14] Niesłusznie jednak postawił go w jednym rzędzie ze Świadkami Jehowy (s. 133). Hitching jest ewolucjonistą, tyle że niedarwinowskim: „Ewolucja życia przez bardzo długi okres czasu jest faktem, o ile mamy wierzyć świadectwu zebranemu w ciągu ostatnich dwu stuleci przez geologię, paleontologię (badanie skamieniałości), biologię molekularną i wiele innych dyscyplin naukowych” (Francis Hitching, The Neck of the Giraffe: Where Darwin Went Wrong, Ticknor and Fields, New York 1982, s. 12).

[15] Ian Stewart ten typ argumentu, jaki zastosował Hitching, oraz ten typ odpowiedzi, jakiej udzielił Dawkins, komentuje tak: „Mamy tu do czynienia z werbalnym zarzutem odpartym za pomocą werbalnego rozumowania” (Ian Stewart, Liczby natury, Science Masters, Wydawnictwo CIS, Warszawa 1996, s. 33). Uważa on, że dopiero symulacja komputerowa ewolucji oka, wykonana przez Daniela Nilssona i Susanne Pelger z 1994 roku [D.-E. Nilsson and S. Pelger, A Pessimistic Estimate of the Time Required for an Eye to Evolve, Proceedings of the Royal Society of London 1994, B256, s. 53-58], wykazała, że gdy dane są pewne zdolności biologiczne, takie jak komórkowa wrażliwość na światło i ruchliwość komórek, utworzą się struktury podobne do oczu zgodnie z darwinowską zasadą doboru naturalnego (tamże, s. 33-35).

[16] Por. w tej sprawie prace Michaela J. Behego (Biologiczne mechanizmy molekularne. Eksperymentalne poparcie dla kreacjonizmu, w: Jodkowski, Metodologiczne aspekty…, s. 496-511; Michael J. Behe, Darwin’s Black Box. The Biochemical Challenge to Evolution, The Free Press, New York – London – Toronto – Sydney – Singapore 1996; por. też recenzję tej książki: Robert T. Mitchell, Czarna skrzynka Darwina: Biochemiczne wyzwanie dla ewolucjonizmu, Na Początku… 1997, nr 11A (95), s. 329-332).

[17] Właściwą więc taktyką ze strony ewolucjonistów jest wykazywanie błędności konkretnych propozycji kreacjonistycznych, chociaż na tej drodze nie można udowodnić, że nigdy kreacjoniści nie przedstawią przykładu naprawdę nieredukowalnie złożonej struktury. Innymi słowy: to nie od ewolucjonistów należy oczekiwać dowodu, ale od kreacjonistów. Tak właśnie argumentuje Rebecca J. Flietstra (A Response to Michael Behe, http://www.christianity.net/bc/8B5034.html) polemizując z Michaelem J. Behem (A Response to Rebecca Flietstra, j.w.; jest to druga runda polemiki, pierwsza to artykuł Behego pt. Tulips & Dandelions, j.w. i polemika Flietstry pt. A Misguided Quest for Proof, j.w.; polemiki te ukazały się pierwotnie w Christianity Today, September/October 1998, vol. 4, No. 5). Flietstra przypomina, że Behe w swojej książce Darwin’s Black Box sugerował, iż do wystąpienia tzw. kaskady krzepnięcia krwi potrzeba było 19 białek, a uczeni otrzymali potem mysz, której brakowało dwóch elementów tej kaskady, a która mimo tego jest doskonale zdrowa (T.H. Bugge, K.W. Kombrinck, M.J. Flick, C.C. Daugherty, M.J. Danton, and J.L. Degen, Loss of Fibrinogen Rescues Mice from the Pleiotropic Effects of Plasminogen Deficiency, Cell 1996, vol. 87, s. 709-719).

[18] Por. J. Maynard Smith, Evolutionary Genetics, Oxford University Press, New York 1989, s. 61; M. Kimura, Evolutionary Rate at the Molecular Level, Nature 1968, vol. 217, s. 626 [624-626]; A.S. Kondrashov, Deleterious Mutations and the Evolution of Sexual Reproduction, Nature 1988, vol. 336, s. 439 [435-440]; Halina Krzanowska, Zapis informacji genetycznej, w: Halina Krzanowska, Adam Łomnicki, Jan Rafiński, Henryk Szarski, Jacek M. Szymura, Zarys mechanizmów ewolucji, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 1995, s. 35 [17-70].

[19] Gould, Niewczesny pogrzeb Darwina…, s. 194. Gould jednak jest ewolucjonistą i równie zaciekłym jak Dawkins antykreacjonistą; odpowiada na swoje pytanie koncepcją preadaptacji oraz propozycją błyskawicznego kształtowania się nowych gatunków, nawet w ciągu kilkuset lat.

[20] Prawdopodobieństwo to, z negatywnymi dla teorii ewolucji wnioskami, próbowano obliczać jeszcze w latach 1960-tych (D.E. Hull, Thermodynamics and kinetics of spontaneous generation, Nature 1960, No. 186, s. 693-694; Murray Eden, Inadequacies of neo-Darwinian evolution as a scientific theory, w: P.S. Moorhead and M.M. Kaplan (eds.), Mathematical Challenges to the Neo-Darwinian Interpretation of Evolution, Wistar Institute Press, Philadelphia 1967, s. 5-12; Marcel P. Schützenberger, Algorithms and the neo-Darwinian theory of evolution, w: j.w., s. 73-75; F.B. Salisbury, Natural selection and the complexity of the gene, Nature 1969, vol. 224, s. 342-343; tenże, Doubts about the modern synthetic theory of evolution, The American Biology Teacher 1971, vol. 33, s. 335-338) i później (np. Lee M. Spetner, Natural selection versus gene uniqueness, Nature 1970, vol. 226, s. 948; Lee M. Spetner, Not By Chance! Shattering the Modern Theory of Evolution, The Judaica Press, Brooklyn, NY 1997). Jeśli chodzi o polską literaturę kreacjonistyczną, por. J.W.G. Johnson, Na bezdrożach teorii ewolucji, Wydawnictwo Michaelineum, Warszawa – Struga 1989, s. 147-148 oraz Pajewski, Stworzenie czy ewolucja?…, s. 72-75; Ariel A. Roth, Nauka przeciwko Bogu?, Na Początku…, 24 stycznia 1994, nr 2 (28), s. 16-17.

[21] Patrz wyżej przyp. 1098.

[22] Nie analizując innych, znacznie mocniejszych argumentów kreacjonistycznych, Dawkins świadomie lub nieświadomie stwarza wrażenie, że Dowód na Podstawie Niedowierzania jest jedynym argumentem kreacjonistycznym.

[23] Jednak Montefiore, co Dawkins przyznaje (s. 74) jest ewolucjonistą i to bardzo postępowym. Swoją postępowością niewiele ustępuje samemu Dawkinsowi: „Istoty ludzkie są wynikiem ewolucji, zostały ukształtowane przez dobór naturalny” (Hugh Montefiore, Confirmation Notebook. The Content of Christian Belief, s. 20); „(…) Syn ponoszący karę, którą ja powinienem ponieść. Taki pogląd jest niemoralny. W żadnym wypadku jedna osoba nie może cierpieć za kary całego świata” (tamże, s. 22); „Te pojawienia się po zmartwychwstaniu [Jezusa] przypuszczalnie są paranormalnymi doświadczeniami zwanymi czasami ‚werydycznymi halucynacjami’, jakie mają miejsce krótko po śmierci ukochanej osoby” (s. 24; wszystkie cytaty za: Ken Ham, The Darwinian Earthquake, Creation Ex Nihilo 1994, vol. 16, No. 4, s. 30). Byłoby lepiej, gdyby Dawkins rozważał wypowiedzi bardziej reprezentatywnych kreacjonistów niż biskup Montefiore.

[24] Francis Crick: „Jeśli wątpisz w moc doboru naturalnego, to – na zbawienie swej duszy – przeczytaj książkę Dawkinsa” (słowa cytowane przez Phillipa E. Johnsona, Reason in the Balance. The Case Against Naturalism in Science, Law & Education, InterVarsity Press, Downers Grove, Illinois, 1995, s. 76).

[25] H. Allen Orr and Jerry A. Coyne, The Genetics of Adaptation: A Reassessment, American Naturalist, November 1992, vol. 140, s. 725 [725-742].

[26] Tamże, s. 738.

[27] Tamże, s. 726.

[28] W książce występuje błędne tłumaczenie tego zwrotu – „teologia przyrody” (s. 25-26).

[29] Całą książkę Dawkinsa można uznać za wielką polemikę z Dowodem na Podstawie Niedowierzania.

[30] Tę nieskuteczną już dziś metodę szeroko stosuje np. książka wydana przez Organizację Świadków Jehowy pt. Jak powstało życie?. Przez ewolucję czy przez stwarzanie?, Watchtower Bible and Tract Society of New York, Inc., International Bible Students Association, Brooklyn, New York 1989.

[31] Por. Klaus Dose, The Origin of Life: More Questions Than Answers, Interdisciplinary Science Reviews, 1988, vol. 13, No. 4, s. 348-356.

[32] A.G. Cairns-Smith, Genetic Takeover and the Mineral Origins of Life, Cambridge University Press, Cambridge 1982, s. 36.

[33] Por. w tej sprawie Dean H. Kenyon, Kreacjonistyczne ujęcie pochodzenia życia, w: Jodkowski, Metodologiczne aspekty…, s. 489 [482-495]].

[34] Znaczy to, że używanie słowa „dowód” w zwrocie „Dowód z Wyrafinowanego Niedowierzania” jest błędne, sugeruje bowiem całkowitą pewność wniosku. Używam go jednak dlatego, by nawiązać do terminologii występującej w polskim tłumaczeniu książki Dawkinsa. Trzeba jednak zauważyć, że w oryginale angielskim nie ma słowa proof lecz argument (por. Richard Dawkins, The Blind Watchmaker, Longman Scientific & Technical 1986, s. 38), polskie tłumaczenie jest więc niedokładne.

[35] Idei organów szczątkowych nie podnosi się już chyba od kilkudziesięciu lat (krytykę tej idei por. w: J. Bergman and G. Howe, ‚Vestigial Organs’ are Fully Functional, CRS Books, Terre Haute, Indiana 1990). Jeśli chodzi o „śmieciową informację genetyczną”, to Dawkins afirmatywnie wspomina o niej: „O dziwo, zaledwie około 1 procentu informacji genetycznej zawartej, na przykład, w komórce ludzkiej jest rzeczywiście wykorzystywane (…). Nikt nie wie, po co komórce pozostałe 99 procent informacji. W swojej poprzedniej książce zasugerowałem, że te 99 procent może mieć charakter pasożytów, żyjących kosztem wysiłku owego 1 procentu. Tę teorię ‚samolubnego DNA’ podjęli niedawno biolodzy molekularni” (s. 188-189). Zdaje się jednak, że idea „śmieciowego DNA” dożywa swoich ostatnich dni – próby usuwania rzekomo nonsensownej informacji z chromosomów prowadziły do ich rozpadu, co może świadczyć, że informacja ta pełni istotną rolę w integracji chromosomów i naprawie uszkodzonych części (por. Rachel Nowak, Mining treasures from „Junk DNA”, Science, 4 February 1994, vol. 263, s. 608-610). Biologowie molekularni z Harvard Medical School oraz fizycy z Uniwersytetu Bostońskiego przebadali 37 sekwencji DNA, zawierających 50 000 par nukleotydów z różnych organizmów. Okazało się, że „śmieciowe” DNA posiada własności „językopodobne” i faktycznie zapisane jest w specjalnym języku, odmiennym od „kodu” genów (Does nonsense DNA speak its own dialect?, Science News, 1994, December 10, vol. 164, #24; artykuł powołuje się na Physical Review Letters z 5 grudnia 1994 roku). Dalsze badania wykazały, że mutacje w pewnym intronie (a według niektórych introny należą do „śmieciowego” DNA) oddziałują na wpojenie (wdrukowanie, imprinting), proces w trakcie którego tylko niektóre geny, od ojca lub od matki, nie oba, podlegają ekspresji. Ekspresja obu genów przynosi rezultat w postaci chorób i nowotworów. Odkryty intron w jakiś sposób sprzyja transkrypcji antysensownej sekwencji RNA, która uczestniczy w tłumieniu ekspresji ojcowskiego genu (por. W. Reik and M. Constancia, Making sense of antisense?, Nature 1997, vol. 389, s. 669-671).

[36] Por. np. The Panda’s Thumb: More Reflections in Natural History, W.W. Norton and Company Publishers, New York 1980; Evolution and the Triumph of Homology, or why History Matters, American Scientist 1986, vol. 74, No. 1, s. 60-69 i Niewczesny pogrzeb Darwina…, s. 135.

[37] Por. np. M.T. Ghiselin, The Triumph of the Darwinian Method, University of California Press, 1969; J. Cherfas, The difficulties of Darwinism, New Scientist, May 17, 1984, s. 28-30; George Williams, Światełko mydliczki. O planie i celowości w przyrodzie, Science Masters, Wydawnictwo CiS, Warszawa 1997.

[38] Na pierwszeństwo Blytha zwrócił uwagę Loren C. Eiseley, profesor antropologii i historii nauki na Uniwersytecie Pennsylvanii: „główne cele pracy Darwina – walka o byt, zmienność, dobór naturalny i dobór płciowy – wszystkie są w pełni wyrażone” w artykule Blytha z 1835 roku (Loren Eiseley, Darwin and the Mysterious Mr. X, E.P. Dutton, New York 1979, s. 55). Eiseley stwierdził też, że „Darwin wykorzystał dzieło Blytha, nie przyznając się do tego” (tamże, s. 59). W tej sprawie por. Paul G. Humber, Dobór naturalny to pomysł pewnego kreacjonisty, Na Początku… nr 8A (90), s. 201-207. Por. też opinię Gary’ego E. Parkera w: Morris and Parker, What Is Creation…, s. 48 oraz powtarzającego za nim tę opinię Mieczysława Pajewskiego, Darwin i natura zmiany biologicznej – dobór naturalny (cz. I), Duch Czasów 1986, nr 12, s. 10 [7-11]; tenże, Stworzenie czy ewolucja?…, s. 59, 66. Jednak czołowy kreacjonista współczesny, Henry M. Morris, twierdzi, że koncepcję doboru naturalnego formułował już Erazm Darwin, dziadek Karola Darwina, w swojej książce Zoonomia (Henry M. Morris, History of Modern Creationism, Second Edition, Institute for Creation Research, Santee, CA 1993, s. 35; por. też C.D. Darlington, The Origin of Darwinism, Scientific American, May 1959, No. 201, s. 62-66 oraz A.G. Tilney, Erasmus Darwin: the True Father of Evolution, Evolution Protest Movement, pamphlet No. 88, July 1971), a nawet jeszcze wcześniej, bo sto lat przed Karolem Darwinem, francuski uczony Pierre Maupertuis (por. Morris, History of Modern Creationism…, s. 37).

[39] Por. Morris and Parker, What Is Creation Science?…, s. 84-85; Pajewski, Stworzenie czy ewolucja?…, s. 91-92.

[40] Ten argument Dawkinsa ostatnio powtórzył Kenneth R. Miller, profesor biologii na Brown University (Life’s Grand Design, Technology Review, February 1994, vol. 97, No. 2), a wcześniej wysuwał go William M. Thwaites (An Answer to Dr. Geisler – From the Perspective of Biology, Creation/Evolution, Summer 1983, Issue XIII, s. 19 [13-20]; Design: Can We See the Hand of Evolution in the Things It Has Wrought?, Proceedings of the 63rd Annual Meeting of the Pacific Division, American Association for the Advancement of Science, 1984, vol. 1, Part 3, s. 210). Z argumentami Thwaitesa polemizował H.S. Hamilton (The Retina of the Eye – An Evolutionary Road Block, Creation Research Society Quarterly 1985, vol. 22, No. 2, s. 62-63 [59-64] powołując się na fachową literaturę i dochodząc do wniosku, że „zamiast być wielką wadą, ‚przekleństwem’ czy niepoprawną konstrukcją, odwrócona siatkówka jest olbrzymią zaletą, jeśli chodzi o funkcjonowanie i projekt, w porównaniu z prostym i mniej skomplikowanym nieodwróconym ustawieniem”.

[41] Por. Carl Wieland, Seeing back to front, Creation Ex Nihilo, March-May 1996, vol. 18, No. 2, s. 38-40. Oftalmolog z Uniwersytetu w Glasgow tak argumentuje na ten temat: „struktury odbierające światło w komórkach fotoreceptora umieszczone są w kolumnie dysków. Dyski te są stale zastępowane przez formujące się nowe dyski na końcu kolumny, spychając tym samym starsze dyski w dół kolumny. Na drugim końcu kolumny są one ‚połykane’ przez pojedynczą warstwę komórek nabłonkowych pigmentu siatkówki (RPE). Komórki RPE są bardzo aktywne i z tego powodu wymagają dużego dostarczania krwi przez naczyniówkę oka. Inaczej niż to jest z siatkówką, która praktycznie jest przezroczysta, naczyniówka praktycznie rzecz biorąc jest nieprzezroczysta z powodu dużej liczby czerwonych ciałek krwi. Gdyby siatkówka była ustawiona tak, jak sugeruje profesor Richard Dawkins, to naczyniówka musiałaby przechodzić między komórkami fotoreceptora i światłem, gdyż komórki RPE muszą utrzymywać bezpośredni kontakt zarówno z naczyniówką, jak i fotoreceptorami, by spełniać swoją funkcję. Każdy, kto miał nieszczęście wylewu krwi przed siatkówką, może poświadczyć, jak dobrze czerwone ciałka krwi blokują światło. (…) Myśl, że oko jest podłączone tyłem do przodu, pochodzi z braku wiedzy na temat funkcjonowania i anatomii oka” (An eye for creation. An interview with eye-disease researcher Dr George Marshall, University of Glasgow, Scotland, Creation Ex Nihilo, September-November 1996, vol. 18, No. 4, s. 20 [19-21]).

[42] W. Bloom and D. Fawcett, A Textbook of Histology, Saunders, Philadelphia 1975.

[43] R.M. Adams, Must God Create the Best?, w: T.V. Morris (ed.), The Concept of God, Oxford University Press, Oxford, New York 1987, s. 91-106.

[44] Szarski, Obrona…, s. 102.

[45] Z napisanej przez Dawkinsa recenzji książki Maitlanda Edeya i Donalda Johansona, Blueprints, New York Times Book Review, 9 kwietnia 1989 (dziękuję prof. Lloydowi Eby’emu z University of Maryland University College za udostępnienie mi tego i następnego cytatu z recenzji Dawkinsa).

[46] Dawkins gdzie indziej sam siebie opisał jako „wojującego ateistę z dużym stopniem wrogości do religii” (patrz Thomas Bass, Interview with Richard Dawkins, Omni January 1990, vol. 12, No. 4, s. 86 [57-60, 84-89]; cyt. za: Bert Thompson, The Implications of Evolution, Reasons & Revelation, October 1997, vol. 17, No. 10, s. 74 [73-78]).

[47] Dawkins, Recenzja książki Edeya i Johansona, j.w.

[48] Richard Dawkins, Viruses of the Mind, Free Inquiry, Summer 1993, vol. 13, No. 3, s. 34-41.

[49] Por. Johnson, Reason in the Balance…, s. 76.

[50] Kiedy na przykład pisze, że „gdyby nic we wszechświecie nie miało więcej niż 6000 lat, nie można byłoby widzieć ciał niebieskich odległych od nas o ponad 6000 lat świetlnych, niewidzialna byłaby zatem Droga Mleczna ani żadna inna ze 100 miliardów galaktyk, których istnienie uznaje współczesna kosmologia” (s. 454-455), to wygląda na to, że nic nie słyszał o Philipie Gosse i jego książce Omphalos: An Attempt to Untie the Geological Knot, której główną ideę Henry M. Morris, czołowy zwolennik kreacjonizmu młodej Ziemi, uwspółcześnił i zastosował właśnie do problemu postawionego przez Dawkinsa w powyższym cytacie – fale światła miały być stworzone razem z odległymi ciałami niebieskimi (por. np. Morris, Scientific Creationism…, s. 209-210; Morris odrzucił jednak pogląd Gossego, że w podobny sposób zostały stworzone skamieniałości). Poglądom kreacjonistów młodej Ziemi można stawiać trafne zarzuty, ale akurat nie te, jakie wytacza Dawkins. Ponadto w całej książce nie ma śladu, by Dawkins słyszał o znacznie sensowniejszej odmianie kreacjonizmu, która akceptuje wielomiliardowy wiek Wszechświata i Ziemi, o tzw. kreacjonizmie starej Ziemi.

Jeśli chodzi o najnowszą koncepcję unikającą problemu widzenia odległych obiektów w młodym Wszechświecie, patrz Carl Wieland, Cosmic Breakthrough!, Creation Ex Nihilo, December 1994 – February 1995, vol. 17, No. 1, s. 37-39 (przedruk w Bible-Science News 1995, vol. 33, No. 4, s. 20-21; tłum. polskie: Kosmiczny przełom, Na Początku… 1997, nr 11A (95), s. 314-318) oraz D. Russell Humphreys, Seeing Distant Stars in a Young Universe: A New Creationist Cosmology, Bible-Science News May 1995, vol. 33, No. 4, s. 14-17 (tłum. polskie: Widok odległych gwiazd w młodym Wszechświecie: nowa kreacjonistyczna kosmologia, Na Początku… 1997, nr 11A (95), s. 318-328).

—————————-

Kazimierz Jodkowski 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s