W poszukiwaniu ewolucyjnego przepisu na człowieka

 

W Gazecie Wyborczej ukazał się świetny artykuł Marcina Ryszkiewicza na temat paradoksów związanych z zakładaną ewolucją człowieka od małpy. Artykuł jest tak naprawdę reklamą zapowiadanej książki dr. Marcina Ryszkiewicza „Meandry ludzkiej ewolucji”. Porusza się w nim, i to bardzo szczerze, nieprzebyte problemy związane z założeniem ewolucji człowieka od małpy. A jakie to problemy opisuje Ryszkiewicz? Pisze on m. in. o braku dobrej definicji gatunku (Na temat definicji gatunku więcej tutaj: https://bioslawek.wordpress.com/2012/06/04/definicja-biblijnego-rodzaju-baraminu/ ).

Ryszkiewicz napisał:

„Nauka wciąż szuka odpowiedzi na wiele pytań dotyczących pochodzenia naszego gatunku. Ale sporo już wiemy lub z dużym prawdopodobieństwem przypuszczamy, np. dlaczego nasi przodkowie w pewnym momencie zaczęli chodzić na dwóch nogach i używać narzędzi

Naukowa niewiedza nie wynika z braku świadectw kopalnych czy niedostatku łączących je hipotez – przeciwnie, jednych i drugich jest w nadmiarze. Problem jest z ich interpretacją, z testowaniem ewolucyjnych scenariuszy, a nawet z jednoznacznym określeniem najbardziej podstawowych pojęć, takich jak gatunek, człowiek, język, ewolucja

Oczywiście, większość z tych problemów dotyczy wszystkich gatunków (co jest niewielkim pocieszeniem), ale akurat w przypadku człowieka jest ich szczególnie dużo, bo mówimy o gatunku, w którego budowie, zachowaniach i samym procesie ewolucji skumulowało się szczególnie dużo paradoksów.

Jesteśmy jedynym ssakiem dwunożnym i wyprostowanym, jedynym, który ma nagą skórę, jedynym, który posługuje się językiem (a raczej – co równie zagadkowe – tysiącami różnych, wzajemnie niezrozumiałych języków), jedynym, który nie zajmuje żadnej konkretnej niszy ekologicznej, jedynym, którego przedstawiciele znajdują się na skrajnie różnych poziomach rozwoju (od wytwórców narzędzi kamiennych po zdobywców kosmosu), jedynym tę listę można by ciągnąć jeszcze długo i w nieskończoność spierać się o zasadność każdego z tych stwierdzeń. Dlatego zanim zajmiemy się pytaniami, musimy przyjrzeć się tym problemom, żeby zrozumieć, skąd biorą się kłopoty.(….)”

Inny problem trapiący antropologię (jak to ujął autor artykułu), to rozziew pomiędzy danymi molekularnymi i kopalnymi (kopalnymi szczątkami uważanymi za szczątki przodków człowieka i danymi z dziedziny, którą się określa „filogenetyką molekularną”). Więcej na temat tych problemów tutaj https://bioslawek.wordpress.com/2012/05/17/dane-anatomiczne-kontra-filogenetyka-molekularna/ ).

„(….) Innym problemem, trapiącym antropologię, jest rozziew pomiędzy danymi kopalnymi a genetycznymi, które od niedawna stają się głównym narzędziem do odtwarzania dróg ewolucyjnych naszego gatunku. To właśnie dane genetyczne przyniosły największe zaskoczenia do tradycyjnej paleontologii człowieka opartej na skamieniałościach i kazały zmienić głęboko zakorzenione przekonania.

Po pierwsze i najważniejsze, ujawniło to niezwykłą jednorodność genetyczną wszystkich ludzi. Ujawniło też ogromne podobieństwo genetyczne ludzi i wielkich małp, czego też nikt się nie spodziewał.(….)”

Poruszane są też zagadnienia związane z specjacją. To znaczy autor zastanawia się dlaczego członkowie naszego gatunku, do którego niewątpliwie należą wszyscy ludzie współcześni (jak i nasi niedawni przodkowie), nie ulegli specjacji mimo to, że powstało tak wiele sprzyjających warunków ku temu, np. jest mało prawdopodobne (jak zaznacza autor), żeby Eskimosi krzyżowali się kiedykolwiek wcześniej niż przed nastaniem cywilizacji z Aborygenami. A taka izolacja reprodukcyjna, sprzyjająca specjacji allopatrycznej, biorąc pod uwagę też to, co zaszło u wielu innych niż H. sapiens gatunków, niewątpliwie sprzyjała powstaniu bariery rozrodczej.

Autor napisał:

„(….)Jednym z przyjętych kryteriów wyróżniania gatunków jest tzw. niezgodność behawioralna (np. różne gatunki muszek owocowych wydzielane są na podstawie odmienności tańców godowych, a świetlików – odmienności wysyłanych sygnałów świetlnych), a trudno zaprzeczyć, że te nasze kody kulturowe, których celem jest ewidentnie niedopuszczenie do egzogamii, działały nieporównanie sprawniej. Co więcej, ta tendencja do zamykania się grup ludzkich i ograniczania przepływu genów skutkowała też zawsze wrogością między nimi i tendencją do prowadzenia krwawych wojen, co trwałość tych barier tylko potęgowało – różnie tańczące muszki czy odmiennie święcące świetliki po prostu się sobą nie interesują, ale nie mają żadnego interesu, by ze sobą walczyć. Wojny toczone między grupami to też nasz oryginalny wynalazek (który wśród kręgowców dzielimy tylko z szympansami, a wśród zwierząt w ogóle – z mrówkami) (…..)”

O specjacji można więcej przeczytać tutaj: https://bioslawek.wordpress.com/2012/05/17/czy-specjacja-jest-mechanizmem-powstawania-nowych-gatunkow/ .

Autor podnosi też temat sporu na temat przynależności gatunkowej dawnych ludzi tzw. „archaicznych” i przyznaje, że współcześni antropolodzy uważają, że wszyscy ludzie, współcześni i kopalni, należymy do od jednego do dziesięciu gatunków (Więcej na temat arbitralnych metod dzielenia ludzkiego gatunku na wiele gatunków, czyli mnożenia bytów ponad miarę, tutaj: https://bioslawek.wordpress.com/2011/08/26/galeria-ilustracji-antropologicznych-jednosc-ludzkiego-gatunku/ ).

Ryszkiewicz ciągnie:

„(…..)Zacznijmy od gatunku. Gdzie postawić granicę naszego gatunku i jak oddzielić go od innych gatunków rodzaju Homo? I ile tych gatunków było, bo odpowiedzi wahają się od jednego do ok. dziesięciu? Pojęcie gatunku jest nieostre i nie ma jednej jego definicji. Właściwie wszyscy zgadzają się tylko co do współczesnego człowieka (że jest jednym gatunkiem), co jest o tyle dziwne, że właśnie ludzie różnią się między sobą najbardziej i zajmują tak różne nisze ekologiczne, że gdyby chodziło o inny gatunek, nikt pewnie nie miałby oporów, by ich na wiele gatunków podzielić. W przypadku człowieka obowiązuje swoiste tabu – nie tylko, by tego nie robić, ale by o tym nawet nie mówić. Ze zrozumiałych powodów zresztą.(….)”

Taki rozdźwięk we wnioskach ewolucjonistów nie sprzyja klimatowi zaufania odnośnie ich pomysłów.

Artykuł analizuje też tzw. „ewolucyjne anomalie” widoczne u H. Sapiens. Autor zastanawia się po co kobiecie orgazm? Po co kobiecie piersi ( http://skroc.pl/4c35 http://4c35.skroc.pl )?

Ponadto autor rozważa możliwe przyczyny szybkiej kolonizacji różnych nisz ekologicznych przez H. Sapiens i zastanawia się, jak to możliwe, że ludzie, którzy „wyewoluowali” w gorącym klimacie, w tropikalnych lasach, mogli tak szybko kolonizować skrajne nisze ekologiczne i się do nich tak szybko dostosować.

Pan Ryszkiewicz następnie przechodzi do pochodzenia dwunożnej lokomocji u „przodków H. Sapiens”. Tutaj, w swojej próbie ewolucyjnego uzasadnienia tej ludzkiej cechy, posłużył się kilkoma naciąganymi ogólnikami, to znaczy wyprowadził pochodzenie tej ludzkiej cechy od brachiacji. Brachiacja, to jeden ze sposobów poruszania się małp po gałęziach, polega on na używaniu do przemieszczania się po gałęziach tylko górnych kończyn i zwisając w dół. Więcej problemów związanych z ewolucją dwunożności u małp wyłuszczono w tych artykułach: https://bioslawek.wordpress.com/2012/04/03/1014/ i tutaj: https://bioslawek.wordpress.com/2012/03/31/czy-australopiteki-chodzily-na-dwoch-nogach/ .

Marcin Ryszkiewicz uzasadnia:

„(….)Dlaczego nasi przodkowie zaczęli chodzić na dwóch nogach?

Bardziej zasadne jest pytanie, dlaczego przestali wspinać się na drzewa. Wszystkie naczelne to robią, nawet te formalnie naziemne, jak pawiany. Nasi przodkowie już po przyjęciu dwunożności przez kilka milionów lat jeszcze wracali na drzewa, np. na spędzenie nocy. Tak było bezpieczniej. Sama dwunożność wynikała z wcześniejszej brachiacji, czyli zwisowego sposobu poruszania się między gałęziami, który pionizuje ciało za sprawą siły grawitacji.(….)”

Później autor na tapetę bierze problem z wyjaśnieniem, w jaki sposób nasi „małpi przodkowie” utracili futro. Przychyla się do hipotezy wyjścia „naszych przodków” z lasu na sawannę, którą to hipotezę Antoni Hoffman, wybitny polski paleontolog, nazwał „paleoerotyczną opowieścią o nagiej małpie Desmonda Morrisa”.Tym samym stawiając wotum nieufności takim bajeczkom ( https://bioslawek.wordpress.com/2011/07/14/antoni-hoffman-wokol-ewolucji-polecana-ksiazka/ ).

Gibbony poruszające się za pomocą brachiacji

Autor wymienia rzekome korzyści z tego, że nasi „przodkowie” zrzucili futro twierdząc, że pomagało to w chłodzeniu organizmu, gdyż ciśnienie selekcyjne rzekomo zmusiło naszych „małpich przodków” do tego, żeby zamiast w nocy w dzień, gdy Słońce jest z zenicie, rozpocząć swoją egzystencję na sawannie. Każdy dobrze doinformowany człowiek wie, że wiele gatunków (w tym małpy, jak pawiany) egzystuje na sawannie w dzień i wcale nie są im potrzebne do tego nadmierne gruczoły potowe i brak futra. Mało tego; przed wynalezieniem ubrań utrata futra byłaby bardzo niekorzystna, ponieważ daje ono zabezpieczenie przed urazami, zimnem podczas nocy i w porach deszczowych. Poza tym autor jako do przyczyny zmiany sposobu życia, co miało prowadzić do utraty futra i wykształcenia ludzkich cech, odwołał się do hipotezy ewolucyjnego wyścigu zbrojeń. Na ile można ufać tej hipotezie napisałem tutaj: https://bioslawek.wordpress.com/2012/01/15/ewolucyjny-wyscig-zbrojen/ .

Autor napisał:

„(…..)Dlaczego straciliśmy futro, tj. pozbyliśmy się większości włosów na ciele, ale… zostały nam w kilku miejscach?

Wydaje się, że hipoteza łącząca to z opuszczeniem lasów i przejściem do życia na sawannie oraz ze zmianą naszych upodobań kulinarnych – z owocożerności na mięsożerność – jest najbardziej prawdopodobna, gdyż pozwala wyjaśnić najwięcej z zagadkowych faktów naszych dziejów. Dość dobrze wiemy, kiedy to się stało (ok. 2,5 miliona lat temu), bo wtedy rozeszły się drogi ewolucyjne wszy (ewolucja tych zwierzątek dobrze odzwierciedla to, co działo się na naszej skórze, a sama skóra nie zachowuje się w stanie kopalnym) szympansów i ludzi, a jest to niemal dokładnie czas, gdy pojawiają się pierwsi prawdziwi ludzie, którzy utracili ostatecznie zdolność do wspinania się na drzewa i trwale związali się z sawanną. A sawanna dla niedawnych przybyszów z bezpiecznych lasów była miejscem skrajnie niebezpiecznym. To tu od milionów lat odbywał się morderczy „wyścig zbrojeń” ewolucyjnych między drapieżcami i ich ofiarami, tu powstały najstraszniejsze maszyny do zabijania (jak tygrysy szablozębne). A „my” wychodziliśmy na te otwarte przestrzenie całkowicie nieprzygotowani do stawienia tym zagrożeniom czoła i jeszcze pozbawiliśmy się tych nielicznych zabezpieczeń (jak futro właśnie), które wcześniej posiadaliśmy.

Odpowiedzią mogło być tylko przyjęcie jakichś nowatorskich i wyjątkowych adaptacji i jedną z nich było – zdaniem antropologa Petera Wheelera – uczynienie siły ze słabości: zaczęliśmy wychodzić na „łowy” (głównie jednak na padlinę), gdy słońce było w zenicie, a więc wówczas, gdy życie sawannowe zamiera. Naszym trikiem było właśnie zrzucenie futra i wykształcenie gruczołów potowych na całym ciele, co pozwalało nam – przy pionowej postawie, ograniczającej ekspozycję ciała na promienie przychodzące z góry – wypromieniowywać nadmiar ciepła w sposób niedostępny żadnemu ze ssaków. Jedyne miejsce na ciele, wystawione na działanie słońca, czyli sklepienie czaszki, pozostało owłosione, by chronić skórę przed wpływem groźnych promieni UV. Wraz z futrem zrzuciliśmy też przy okazji cały ładunek pasożytów zewnętrznych, co było niejako dodatkową premią tego przedsięwzięcia.

Pozostałe miejsca, gdzie włosy też wyrastają, nie są raczej pozostałościami pierwotnego futra, ale wtórnymi efektami doboru płciowego, na co wskazuje choćby fakt, że – inaczej niż na głowie – pojawiają się dopiero wraz z dojrzewaniem i związane są z działaniem hormonów płciowych. Podobną, choć nieco odmienną, funkcję może pełnić męski zarost na twarzy, który też pojawia się wraz z osiągnięciem dojrzałości, choć może być bardziej wskaźnikiem pozycji społecznej niż tylko atrakcyjności seksualnej, podobnym w tym do srebrzystego grzbietu dominujących samców goryli czy bujnej brody samców orangutanów.”

Dr. Ryszkiewicz zastanawia się też nad korelacją dwóch zjawisk. Wynalezienia narzędzi i „wyewoluowania” abstrakcyjnego, typowo ludzkiego, myślenia. Tutaj wskazuje wiele paradoksów. Ślady wynalezienia narzędzi uczeni znajdują na wielu obszarach ziemskich i datują (używając metod dostępnych wybrańcom) na setki i dziesiątki tysięcy lat temu. Dlaczego więc rozwój technologii (np. rewolucja przemysłowa) na świecie miał taki szybki, niedawny i spektakularny przebieg? Dlaczego H. Sapiens nie poleciał w Kosmos już dziesiątki tysięcy lat temu? Dlaczego nie przeludnił Ziemi już setki milionów lat temu? Na tego typu pytania teoria ewolucji człowieka od małpy odpowiedzi nam nie udziela.

Ryszkiewicz napisał:

„(….)Kiedy, jak i dlaczego nastąpiły kluczowe wydarzenia w ewolucji – człowiek zaczął używać narzędzi, posługiwać się mową, ogniem, chować zmarłych etc.?

Wszystkie naprawdę kluczowe wynalazki człowieka przypadają na czas tzw. rewolucji górnego paleolitu (ok. 50 tysięcy lat temu), kiedy to po raz pierwszy nasza ewolucja kulturowa doznała gwałtownego przyspieszenia. Niektórzy łączą to wydarzenie z wyjściem z Afryki, inni z narodzinami języka, ale mało kto kwestionuje, że zdarzyło się wówczas coś, co zaważyło nie tylko na losach człowieka, ale wręcz całego życia na Ziemi. To wtedy ludzie zaczęli podbijać nowe lądy, różnicować się na grupy etniczne, kolonizować nowe nisze ekologiczne, prowadzić wojny, ale też krzyżować się między sobą, korzystać coraz bardziej z zasobów morza, handlować i wytwarzać coraz bardziej zaawansowane narzędzia.

Wtedy też zaczęły wymierać żyjące wciąż na Ziemi inne hominidy, w tym neandertalczycy, denisowianie, potem hobbici, a może i inne, nieodkryte jeszcze gatunki. Ta „rewolucja” wygląda szczególnie wyraźnie tam, gdzie „nowi ludzie” pojawiają się nagle i przychodzą z daleka (jak w Europie), ale jest znacznie bardziej rozciągnięta w czasie w Afryce, gdzie ów „górny paleolit” (zwany tam górną epoką kamienia), zaczął się dziesiątki tysięcy lat wcześniej i poszczególne wynalazki pojawiały się niezależnie od siebie, na różnych obszarach i – co zastanawiające – po pewnym czasie zanikały. Tak zwane kultury Stillbay i Howiesons Poort w RPA, których wytwory uznane by zostały w Europie za kromaniońskie, zaczęły się dobre 30 tysięcy lat wcześniej niż na naszym kontynencie i, jak się zdaje, każda z nich po kilku tysiącach lat rozwoju wygasła.

Jeśli tę rewolucję wiązać z narodzinami symbolicznego myślenia, to można ówczesne procesy nazwać swoistym budzeniem się świadomości – ale wygląda to tak, że różne elementy tego przebudzenia pojawiały się niejako metodą prób i błędów, w różnych miejscach, w różnym czasie i wśród różnych ludów i potem nierzadko ponownie zapadano w drzemkę.(……)”

Standardowym problemem podnoszonym podczas omawiania ewolucji człowieka od małpy są tzw. „brakujące ogniwa”, czyli innymi słowy seria hipotetycznych sekwencji, która powinna utrwalić się w zapisie kopalnym i obrazować stopniową ewolucję człowieka od małpy. Takich ogniw pośrednich nigdy nie znaleziono i pomijając wyjaśnienia braku kopalnych dowodów ewolucji człowieka od małpy warto zwrócić uwagę na kwestię podniesioną przez dr. Marcina Ryszkiewicza. Otóż stwierdza on, że istnieją dwie skrajnie wnioskujące z zapisu kopalnego grupy antropologów. Jedni wszystko, co zachowało się po dawnych ludziach i ich (oraz naszych) rzekomych przodkach przyszeregowują do jednego, lub dwóch gatunków. Inni do przynajmniej dziesięciu gatunków, widząc w tych „licznych gatunkach” serię poszukiwanych form przejściowych wiodących od małpy do współczesnego H. Sapiens. Czy taki rozdźwięk poglądów naukowców na temat pochodzenia człowieka nadaje wiarogodności ich wnioskom? Z podobnym wnioskowaniem mieliśmy już do czynienia wcześniej odnośnie rozmaitego klasyfikowania różnych znalezisk należących do tzw. ludzi archaicznych.

Ryszkiewicz napisał:

„(…)Ile brakujących ogniw jest jeszcze w naszym drzewie ewolucyjnym?

Wydaje się, że dużo. Ale wszystko zależy, kogo pytamy. Tak zwani splitersi w każdym nowym znalezisku, nie w pełni pasującym do uznanych gatunków, dostrzegają nową jednostkę systematyczną (Homo georgicus, Australopithecus sediba, Homo floresiensis, by zacytować tylko odkrycia z niedawnych lat), inni – tak zwani lumpersi – wolą nie mnożyć tych jednostek poza absolutne minimum, w skrajnym przypadku we wszystkich Homo widząc tylko jeden gatunek – nasz.

Z tych różnych nastawień wynikają też różne kształty konstruowanych przez nich drzew – dla tych pierwszych to już nawet nie drzewo, ale rozłożysty krzew hominidów, dla tych drugich – to tylko wysoki pień z dwoma czy trzema konarami. Osobiście sprzyjam raczej splitersom, ale musimy wciąż pamiętać, że wyróżniane przez antropologów jednostki systematyczne to abstrakty, a nie realnie istniejące byty. Gdy kromaniończyk łączył się z neandertalką (lub odwrotnie), to nie pytał przecież najpierw potencjalnego partnera/kę o przynależność gatunkową. Podobnie jak Anglik z Tasmanką (odwrotnie raczej się nie zdarzało). A różnice – przynajmniej na oko – w tym drugim przypadku mogły być nawet większe.”

Więcej o rzekomych brakujących ogniwach w ewolucji człowieka można poczytać tutaj:

http://skroc.pl/1974 http://1974.skroc.pl

Jak więc widzimy wszelkie rozważania na temat ewolucji człowieka odbywają się w sferze imaginacji, wysoko spekulatywnych i w dodatku mało wiarogodnych bajeczek oraz w obliczu sprzężeń wewnętrznie sprzecznych pomysłów. Przekonanie, że za pochodzenie człowieka odpowiada Inteligentny Projektant jest o wiele bardziej przekonujące. Człowiek to istota wyjątkowa, stworzona na obraz o i podobieństwo wspomnianej Inteligentnej Osoby https://bioslawek.wordpress.com/2012/05/16/na-obraz-i-podobienstwo-czyli-o-zachowaniach-ludzkich-niezgodnych-z-zasada-eg-egoizmu-genowego/

Na koniec warto jeszcze napisać o chyba najistotniejszej w obecnej erze biologii molekularnej luce pomiędzy małpami i człowiekiem. Chodzi o całkowity brak śladów genów odpowiedzialnych za człowieczeństwo. To znaczy sekwencji genetycznych w genomach małp i ludzi, które obrazowałyby stopniowe uczłowieczanie się małpy w efekcie stopniowego nabywania ludzkich genów. Najlepszym przykładem będzie tutaj zacytowanie fachowca i profesora biologii Pawła Golika:

„(…..)Często spotykane w popularnych tekstach sprowadzanie różnic między genomami do procentowej wartości podobieństwa niewiele w istocie wnosi, zwłaszcza że nie ma sposobu pozwalającego na jednoznaczne obliczenie takiej wartości. Wspomnijmy jedynie, że różnice między genomem człowieka a szympansa są stosunkowo niewielkie, jedynie około dziesięciokrotnie większe niż zróżnicowanie genomów różnych ludzi. Wśród trzech miliardów par zasad składających się na genom człowieka (genom szympansa ma bardzo podobną wielkość) znajdziemy około 35 milionów (nieco ponad 1%) takich, które nas różnią, do tego doliczyć należy około 5 milionów miejsc, gdzie zaszło wstawienie lub wypadnięcie większego fragmentu DNA. Gdy porównamy kodowane przez genom białka, podobieństwo staje się jeszcze bardziej uderzające – 29% wszystkich białek ma u człowieka i szympansa identyczną sekwencję aminokwasów, a przeciętne ludzkie białko różni się od szympansiego odpowiednika zaledwie dwoma aminokwasami.

Gdzie zatem wśród tych różnic szukać śladów ewolucji człowieka? Najbardziej oczywistą byłaby sytuacja, w której pojawił się w naszym genomie gen, lub grupa genów, których nie posiadają szympansy i inne zwierzęta. Nie można też wykluczyć tego, że w linii prowadzącej do człowieka pewne geny obecne u naszych krewnych zaniknęły. Można też spodziewać się, że w genach obecnych i u nas, i u naszych krewniaków, zachodziły w toku ewolucji mutacje, które zmieniły ich funkcję na tyle, by nadać nam właściwe naszemu gatunkowi cechy. Istotną rolę z pewnością odegrały też zmiany w mechanizmach regulacyjnych, które decydują o tym, kiedy i jak bardzo dany gen jest aktywny.

Poszukiwania nowych genów specyficznych dla genomu człowieka nie przyniosły przełomowych odkryć. Znaleziono wprawdzie grupę genów, zwanych Morpheus, w której dochodziło do wielu duplikacji (podwojeń), przez co niektóre z nich występują wyłącznie w genomie człowieka, trudno jednak dopatrywać się w nich klucza do szczególnych cech naszego gatunku. Funkcja tych genów pozostaje wciąż w znacznej mierze niezbadana, przypuszcza się, że mogły one odegrać pośrednią rolę w ewolucji, kontrolując stabilność genomu i tempo zachodzących w nim zmian.

W trakcie ewolucji człowieka doszło też do utraty pewnej liczby genów. W porównaniu z szympansami (i większością innych ssaków) mamy wyraźnie uboższy repertuar receptorów węchowych. Utrata obecnego u szympansa genu keratyny ϕhHaA wpłynęła na inną (znacznie delikatniejszą) strukturę naszych włosów. Strata innych genów zmieniła właściwości biochemiczne powierzchni naszych komórek, wpływając głównie na interakcje z patogenami, takimi jak wirusy i bakterie. Trudno jednak w tych różnicach dopatrywać się zmian najistotniejszych z punktu widzenia naszej ewolucji.

Klucz do zrozumienia ewolucyjnej drogi naszego gatunku tkwić musi zatem w mutacjach zmieniających sekwencję genów obecnych zarówno w naszym genomie, jak i u naszych krewnych ze świata zwierząt. Zidentyfikowanie takich mutacji nie jest jednak trywialne. Sekwencje zmieniają się bowiem nieustannie w trakcie ewolucji i w ogromnej większości genów odnajdziemy przy porównywaniu różnych genomów szereg zmian.(…..)”

Więcej na temat ludzkich i zwierzęcych receptorów węchu tutaj: https://bioslawek.wordpress.com/2012/05/26/czy-nieaktywne-receptory-wechowe-moga-stanowic-dowod-wspulnego-pochodzenia-zwierzat-i-ludzi/

A więc jak widzimy ewolucjoniści nie potrafią nam wskazać genetycznego przepisu na ewolucję człowieka od małpy. Hipoteza ewolucji człowieka od małpy jest bezdowodowa. To znaczy bezskaminiałowa i pozbawiona podstaw molekularnych. Jak widać z zacytowanego materiału autorstwa Ryszkiewicza i Golika naukowcy nie potrafią nawet wyobrazić sobie i ułożyć jednego spójnego scenariusza ewolucji człowieka. Nawet teoretycznie nie potrafią uzasadnić oni róznych typowo ludzkich cech wyjaśniając ich pochodzenie na kanwie ewolucji! Czy przy tym braku materialnych świadectw i całkowitym braku rzetelnych modeli teoretycznych można poważnie potraktować akademickie opowieści od ewolucji człowieka od małpy? W przedmowie do wydania wydrukowanego w setną rocznicę pierwszego opublikowania dzieła Darwina O powstawaniu gatunków,D’Arcy Thompson http://www-history.mcs.st-andrews.ac.uk/Mathematicians/Thompson_D%27Arcy.html http://en.wikipedia.org/wiki/D%27Arcy_Wentworth_Thompson napisał:

D’Arcy Thompson

“„Jeżeli po przeanalizowaniu argumentów okazuje się, że nie sposób ich obronić, to powinno się je odrzucić, a całkowitą zmianę zapatrywań na podstawie wątpliwych dowodów należy uznać za godną ubolewania (…) Fakty oraz interpretacje, na których opierał się Darwin, dziś już nie przekonują. Długoletnie badania nad dziedzicznością i odmianami, podkopały jego naukę (…..) Długotrwałym i pożałowania godnym następstwem sukcesu dzieła O powstawaniu gatunków stała się panująca wśród biologów mania wdawania się w spekulacje, których słuszności nie da się sprawdzić. (…) Powodzeniu darwinizmu towarzyszył zanik rzetelności naukowej (….) Sytuacja, w której uczeni sprzymierzają się po to, aby stawać w obronie doktryny, której nie są w stanie naukowo zdefiniować ani z naukową dokładnością przedstawić i której wiarogodność w opinii publicznej starają się podtrzymywać tłumieniem krytyki oraz przemilczaniem trudności, jest w nauce czymś nie normajnym i niepożądanym.

Niestety sytuacja dla ewolucjonistów nie wygląda dzisiaj inaczej. Czyli od czasów Darwina nic się nie zmieniło poza tym, że mamy dziś mniej dowodów na ewolucję niż za czasów Karola Darwina.

Tutaj więcej na temat jeżeli chodzi o niekonsekwencje w myśleniu ewolucjonistów https://bioslawek.wordpress.com/2012/01/16/oszustwa-w-nauce/

Źródła cytatów:

„Po co kobiecie orgazm? Dlaczego nie mamy futra?”

http://wyborcza.pl/1,75248,12443038,Po_co_kobiecie_orgazm__Dlaczego_nie_mamy_futra_.html

„W poszukiwaniu „genów człowieczeństwa”

– biologia molekularna na tropie ewolucji człowieka”

http://www.kulturaswiecka.pl/node/76

One response to “W poszukiwaniu ewolucyjnego przepisu na człowieka

  1. Komentarz i dodatki do tekstu:

    Poniżej artykuł analizujący ewolucyjne spekulacje, które mają wyjaśnić pochodzenie kobiecych piersi i ich funkcję po okresie karmienia. Dodam tutaj jeszcze, że wyjaśnieniem nie może być dobór płciowy (przeważnie preferowanie przez mężczyzn kobiet z wydatnym biustem), pon ieważ jest faktem, iż istnieją mężczyźni (i jest ich bardzo wielu), którzy preferują kobiety szczupłe, ideał współczesnej modelki, z małym biustem.

    http://4c35.skroc.pl

    „Wyraźne piersi u kobiet to anomalia w świecie ssaków. Choć są wabikiem dla płci przeciwnej, nie spełniają konkretnej funkcji poza okresem karmienia potomstwa. Dlaczego więc kobiety dźwigają to wyjątkowe brzemię swojej kobiecości od okresu dojrzewania aż do śmierci?

    Obfity lub skromny – każdy kobiecy biust budzi zainteresowanie, szczególnie wśród mężczyzn. Wygląd kobiecych piersi w ich najlepszej kondycji jest istotnym elementem dymorfizmu płciowego u ludzi. Tym samym biust stanowi seksualny wabik dla panów.

    Od samic innych gatunków kobiety różnią się względnie pokaźnych rozmiarów biustem, który stanowi wyraźną część sylwetki nie tylko w okresie ciąży i karmienia, lecz również od okresu pokwitania aż do śmierci – nawet wtedy, kiedy jest, biologicznie rzecz ujmując, zbędny. Co więcej, kobiece piersi tworzy przede wszystkim tkanka tłuszczowa, nie gruczołowa. Dlaczego więc ewolucja nie pozbyła się tego „ciężaru” ?

    By odpowiedzieć na to pytanie, musimy powrócić do momentu, kiedy Ziemię zasiedlali nasi przodkowie – istoty podobne do współcześnie żyjących małp człekokształtnych. Wówczas kopulacja między „kobietami” a „mężczyznami” przybierała, rzecz oczywista, bardziej zwierzęcą formę – samiec pokrywał samicę od tyłu. Budowa anatomiczna małp z rodziny człowiekowatych dziś także ułatwia tego rodzaju kopulację. Lecz z chwilą kiedy nasi przodkowie przyjęli pozycję wyprostowaną, budowa naszych ciał zaczęła się zmieniać. Narządy rodne kobiety „przesunęły się” nieco ku przedniej części ciała. Konsekwencją tych anatomicznych zmian była także zmiana w zachowaniach seksualnych. Przesunięta pochwa umożliwiła nam seks „twarzą w twarz”.

    Drobna zmiana w pozycji seksualnej sprawiła, że u pradawnych kobiet zaczęły pojawiać się wyraźne piersi. Jedna z hipotez mówi o tym, że kobiecy biust miał zastąpić okresowo powiększone narządy rodne kobiety, które u małp i naszych przodków były wabikiem dla samców. To właśnie powiększony i zaróżowiony srom oznaczał gotowość samicy do kopulacji i spłodzenia potomstwa. Wybierający samicę samiec skupiał się na tylnych częściach jej ciała, by również w ten sposób ją ostatecznie pokryć. Gatunek Homo sapiens musiał zatem wykształcić strukturę, która zastąpiłaby pokaźnych rozmiarów srom. Zamiennik pojawił się więc na klatce piersiowej i wzbudził w wielu kulturach niemałe poruszenie…Dziś piersi to jeden z ważniejszych atrybutów kobiety. W kulturze Zachodu za atrakcyjne uchodzą większe biusty, toteż coraz więcej pań decyduje się na operacje plastyczne, mające na celu poprawę natury. W rzeczywistości jednak, świat promuje zachwyt częścią ciała, która nie pełni istotnej funkcji. Kobiece piersi nie są już, jak u zwierząt, oznaką płodności i gotowości do wykarmienia potomstwa. Co więcej, te spośród pań, które decydują się na powiększenie biustu z pewnością nie robią tego w celu polepszenia wartości odżywczych swojego pokarmu dla przyszłego potomstwa.

    Teza o „przeniesieniu” seksualnego centrum ze sromu ku przednim rejonom ciała nie przemawia jednak do wszystkich. Dla innych pokaźnych rozmiarów piersi to absolutnie zbędny element ludzkiej anatomii – na tyle, że stał się swojego rodzaju wskaźnikiem kondycji kobiety. Organizm, który inwestuje w wykształcenie bezużytecznego (przez większość czasu w życiu) elementu ciała, to organizm zdrowy i mogący pozwolić sobie na przeznaczenie znacznej dawki energii na istnienie relatywnie niezasadnej części ciała. Dodatkowo, jeśli piersi są symetryczne (co w naszym rozumieniu dostarcza im atrakcyjności), organizm kobiecy wydaje się inteligentnie „zarządzać” gospodarką tłuszczów. W świecie fauny istnieje bardzo podobne zjawisko. Samce pawia zwyczajnego, które cieszą się pokaźnym i pięknym ogonem, są dla samic atrakcyjnymi partnerami. Mimo że, obfity pióropusz nie ułatwia im życia, a nawet stanowi problem w obronie przed drapieżnikami, ewolucja wciąż promuje jego wykształcanie u osobników męskich.”

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s